Do redakcji „Tygodnika Sanockiego” zgłosiła się czytelniczka opisując zaistniałe 13 września zdarzenie. Na wysokości stacji benzynowej Grosar, przy ul. Królowej Bony około godz. 22.00 syn pani Joanny dostrzegł kulejącego psa. – Początkowo nikt nie reagował, a pies błąkał się pomiędzy jadącymi samochodami – relacjonuje kobieta.

Chłopak zauważył, że psu leci krew. Przypuszczał, że najprawdopodobniej duży, czarny wilczur został potrącony przez samochód. Zadzwonił po mamę, która natychmiast przyjechała na miejsce.
– Pierwszy raz w życiu widziałam, żeby pies płakał – relacjonuje Joanna Badowicz. – Myślałam, że ma stłuczone płuca, bo bardzo ciężko oddychał. Od razu zadzwoniłam na numer straży miejskiej, jednak nikt nie odbierał. W końcu ktoś powiedział, że lepiej zadzwonić na policję.
Z relacji pani Badowicz wynika, że straż nie podjęła żadnych kroków, a policja przyjechała na miejsce 40 min od zgłoszenia.
– Policjant stwierdził, że jestem nadgorliwa – skarży się mieszkanka. – Gdzie w takim razie mam szukać pomocy? – pyta kobieta. – O ile mogę pomóc człowiekowi, bo z zawodu jestem pielęgniarką, tak w tej sytuacji nie wiedziałam jak się zachować.

– Około godz. 22.30 dzwoniła kobieta i zgłaszała, że na wysokości Grosaru leży potrącony pies – relacjonuje z kolei strażniczka miejska przyjmująca zgłoszenie. – Poinformowałam ją, że musimy dogadać się z weterynarzem z Leska, ponieważ miasto właśnie z nim ma podpisaną umowę. W tym czasie skontaktowała się z weterynarzem, ale po chwili odebrała kolejny telefon. – Zadzwoniła inna pani z pretensjami, że mamy przyjechać po psa i go zabrać. Powiedziałam, że nie możemy tego zrobić, ponieważ nie mamy uprawnień, żeby go przewieźć. Następnie zaleciłam, żeby poczekać na przyjazd weterynarza, którego już powiadomiłam.

Weterynarz z Leska zabrał wilczura na obserwację.
– Porobiliśmy mu badania. Były podejrzenia, że uległ wypadkowi, jednak nic na to nie wskazuje – tłumaczy lek. wet Karol Kusal z Gabinetu Weterynaryjnego w Lesku. – Stwierdziliśmy zwyrodnienie kręgosłupa oraz dość poważne zwyrodnienie stawów biodrowych, stąd problemy z poruszaniem.
Weterynarze fachowo podeszli do sprawy, podali mu odpowiednie leki i wykonali konieczne badania. – Niestety jest to choroba nieuleczalna, która będzie postępować. Jedyne co można zrobić to podawać leki przeciwbólowe i przeciwzapalne – tłumaczy doktor.
Pies obecnie znajduje się w schronisku dla psów „Wesoły Kundelek”. Po 14 dniach kwarantanny zostanie poddany kastracji oraz szczepieniu przeciw wściekliźnie, które są obowiązkowymi zabiegami.
– Jeżeli do tego czasu nikt się po niego nie zgłosi, będziemy mu szukać nowego domu – mówi Karol Kusal.

– Wprawdzie temat ochrony zwierząt jest obecnie bardziej nagłaśniany, jednak nadal panuje olbrzymia znieczulica – skarży się nasza czytelniczka.
Inną kwestią jest to, gdzie dzwonić, kiedy będziemy świadkami podobnej sytuacji? Tego typu interwencje do godz. 23.00 można zgłaszać na numer dyżurnego straży miejskiej: 13 46 32 331. Można też dzwonić bezpośrednio na policję na numer 997 lub 112. Straż miejska lub policja powiadomią odpowiednie służby, jednak ani pierwsi ani drudzy nie są odpowiedzialni za przewóz zwierząt. Tym zajmuje się weterynarz.

 

 

Edyta Szczepek