Wystarczy jedna chwila, aby życie wywróciło się do góry nogami i zupełnie zmieniło swój bieg. Tak właśnie stało się w nocy z 25 na 26 maja br. w rodzinie Anny i Pawła Strzeleckich – rozległy wylew krwi do mózgu spowodował u Pawła prawostronny paraliż i afazję. Dwie doby walki o życie, kiepskie rokowania, szok, strach i niedowierzanie. Czy to się dzieje naprawdę? Jak to możliwe? Przecież o tym tylko słyszymy, czytamy, to zawsze dotyczy kogoś…

– Różne są udary i być może dlatego mój obraz tej choroby był czymś całkiem innym niż to, czego teraz doświadczam – mówi Ania Strzelecka. – To katastrofa na tylu poziomach… Nie wiesz, co należałoby rehabilitować najpierw – rękę, nogę, mowę? A może psychikę? Jakimi metodami? Przecież nie znasz się na fizjoterapii, neurologopedii czy neuropsychologii, nie wiesz, co w tej chorobie jest ok, a czego trzeba się bać. Więc przyswajasz te nowe wiadomości i to gorączkowo, bo wkoło wszyscy mówią, że pierwsze pół roku ma decydujące znaczenie… Ale przede wszystkim dlatego, że przecież nagle najbliższa – i świadoma tego, co się dzieje – osoba zostaje uwięziona w ciele, które odmawia posłuszeństwa. Jej walka łamie ci serce codziennie i wciąż od nowa. Bo co z tego, że chce ci coś przekazać, skoro nie jest w stanie tego wyartykułować? Do tego słyszy siebie – wie, co chce powiedzieć i co z tego wychodzi. Na początku miałam wrażenie, że zajęcia z logopedą skończą się depresją. Ale Paweł jest uparty, przemógł się, mówi tak, jak jest w stanie. To twardziel, codziennie ćwiczy po kilka godzin, walczy z powracającym albo jakimś całkiem nowym bólem, rozprostowuje spastyczną dłoń, przeczuloną skórę masuje sobie piłką z kolcami…
Ania to moja wieloletnia koleżanka z pracy, ciepła, pełna dobrej energii dziewczyna, autorka książek dla dzieci i młodzieży. Od pierwszych dni istnienia Fundacji Czas Nadziei była jej dobrym duchem i wspierała działania. Zajęła się oprawą graficzną i przygotowaniem do druku książki Rafała Jasińskiego „Czas nadziei”, projektowała materiały promocyjne i inne. Nigdy nie odmówiła pomocy i nigdy nie oczekiwała zapłaty. Skromna, cicha, nie zgadzała się na publiczne podziękowania czy inne formy „rozgłosu” wokół swojej osoby. Tym trudniej było jej samej prosić o pomoc… Tego feralnego dnia stanęła przed chyba największym jak dotąd wyzwaniem w swoim życiu – rozpoczęła się walka o życie i sprawność Pawła.
– Paweł przed udarem nigdy nie był typem „kanapowca” – wspomina. – Oprócz pracy zawodowej zajmował się fotografią, był zapalonym podróżnikiem, remontował dom, był zaangażowany w prace Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Sanoku, gdzie wykładał informatykę, a także opiekował się rodzicami, którzy dobiegają dziewięćdziesiątki. Udar przekreślił wszystkie jego plany. A przecież on ma dopiero 51 lat…
Po tym, jak w sanockim szpitalu Pawłowi uratowano życie, a w leskim spionizowano, najważniejsza stała się intensywna rehabilitacja pod okiem specjalistów oraz ciągła praca z logopedą. Tu do akcji wkroczyła rodzina i przyjaciele małżeństwa – razem uzbierali kwotę wystarczającą na pokrycie kosztów turnusu w prywatnym ośrodku rehabilitacyjnym. Rehabilitacja jest bolesna i szalenie męcząca dla pacjenta, ale po kilku tygodniach widać było już jej pierwsze efekty – Paweł samodzielnie stoi, próbuje chodzić, podnosi prawą rękę, powoli odzyskuje czucie w prawej części ciała. Zaczyna też mówić – każdego dnia pojawiają się kolejne słowa. Jednak umiejętności te nie wracają na stałe, przerwy w ćwiczeniach powodują cofanie się postępów.
Dlatego jeden turnus to za mało… Paweł wciąż nie może funkcjonować samodzielnie. Wymaga pomocy przy codziennych czynnościach. Ania jest z nim 24 godziny na dobę. Na początku tylko ona go rozumiała. Teraz pomaga mu w powrocie do dawnego życia: ćwiczenia pamięci, wywoływanie skojarzeń, układanie puzzli, próby gry w karty, rysowanie, ćwiczenie mówienia, czytania, pisania, nauka samoobsługi i wiele innych działań z pozoru wyglądających jak zabawy z dzieckiem to jej codzienność.

Przez wiele tygodni nie mogła zdecydować się, by prosić o pomoc osoby spoza kręgu przyjaciół i rodziny – jak jest to trudne, wiedzą chyba tylko ci, którzy byli do tego zmuszeni. Ale to także jedyna szansa na kontynuację rehabilitacji Pawła.
Fundacja Czas Nadziei otworzyła subkonto, z którego każda wpłata w stu procentach przekazana będzie na jego rehabilitację fizjoterapeutyczną i neurologopedyczną. Chcemy wspomóc go w walce
o powrót do zdrowia – rokowania są dobre, jednak pod warunkiem utrzymania rehabilitacji przez dłuższy czas. Dlatego prosimy o wpłaty. Oni walczą każdego dnia i potrzebują wsparcia, my możemy im pomóc.

Joanna Rojkowska
Fundacja Czas Nadziei

 

Nazwa rachunku:
Paweł Strzelecki

Numer rachunku:
58 8642 1184 2018 0037 4228 0003

 

Zbiórka do puszek podczas Wielkiego Finału Sanockiej Ligi Szosowej – 2 września (niedziela) w Pobiednie