Rozmowa z Jerzym Chytłą, autorem książki „Przedmieście”

 

Przedmieścia kojarzą nam się ze zwyczajnym życiem zwykłych ludzi. Co takiego frapującego jest w nich, że o sanockim Przedmieściu zdecydował się Pan napisać książkę?

Według mnie frapująca jest historia.  Sanockie Przedmieście,  ze względu na to, że mieszkali tu głównie chłopi,  był o wsią, gminą wiejską przy mieście, już od czasów przynajmniej Kazimierza Wielkiego, jeżeli nie wcześniej. Była to wieś królewska, gdzie żyli wolni chłopi . Na przestrzeni dziejów liczyła od 16 do 64 gospodarstw. Najmniej było w czasie najazdu wojsk Rakoczego, kiedy to strasznie spadła liczba ludności. Najciekawsze jest to, że tutaj cały czas mieszkali potomkowie tych samych właścicieli. Pierwsze zapiski,które udało się zdobyć w Archiwum Diecezjalnym w Przemyślu, pokazują, że  te same nazwiska, funkcjonujące już od XVI wieku, przez XVII, powtarzają się do dnia dzisiejszego. Małżeństwa były zawierane pomiędzy mieszkańcami gminy lub między mieszkańcami Przedmieścia a Posadą Olchowską, co w pewnym momencie stało się problemem . Niektórych osób o tym samym nazwisku było już tak wielu, że tych rodzin nie można było odróżnić , w związku z czym nadawano im przydomki. Ciekawe jest również to, że mieszkańcy Przedmieścia jako wolni chłopi potrafili utrzymać swoją odrębność. Do tej pory zresztą mówi się na tym terenie że „ idzie się do miasta” , nie do centrum , nie na rynek, tylko  do miasta. Te naleciałości  jeszcze pozostały.

Co stanowiło inspirację do napisania książki?

Właściwie trzy rzeczy. Pierwszą  była rocznica powstania Kółka Rolniczego, które zostało założone w 1883 na Przedmieściu. Jest to jedna z najstarszych organizacji w Sanoku, działająca nieprzerwanie do dnia dzisiejszego.  Kółko obchodziło 125- lecie istnienia , więc chodziło o to, żeby wydać jakąś broszurę, aby upamiętnić pierwszych gospodarzy, którzy je tworzyli. Ten jubileusz zbiegł się ze 100- leciem przyłączenia gminy wiejskiej do  Sanoka w 1910 roku. Już w 2010 roku myśleliśmy, aby połączyć te dwie rocznice ze sobą . Drugą była potrzeba przybliżenia historii tych ziem i zamieszkałych tutaj ludzi moim córkom.A trzecia rzecz i to chyba najważniejsza: ze względu na pewną tajemnicę, opisaną w ostatnim rozdziale  książki, którą należało do końca wyjaśnić . Chodzi o  powojenne powstanie młodzieżowej organizacji  antykomunistycznej na tym terenie, Polskiej Armii Wyzwoleńczej, którą stworzyli młodzi chłopcy  w1948 roku, właściwie koledzy z jednej ulicy. Większość z nich mieszkała na ulicy Polnej.Z opowieści ojca wiedziałem, że taka organizacja istniała, natomiast wszyscy uczestnicy tych wydarzeń do tych czasów nie chcieli później wracać.

Czy opisuje Pan jaki los ich spotkał?

To jest w książce opisane na podstawie  przesłuchań i planu śledztwa. Doszło do zdekonspirowania tej organizacji przez UB. Jej wszyscy członkowie zostali aresztowani. Razem z osobami,  które do niej nie należały, ale były członkami rodzin, jak np. Marian Kiełbasa., którego brat działał w tej organizacji.  Nie udowodniono mu przynależności, ale on też został skazany za to, że nie doniósł do UB na brata. Większość członków organizacji przesiedziała kilka lat w więzieniu do czasu odwilży w 1956 roku. Pozostali zostali skierowani do pracy przymusowej w kopalni. Wszyscy za to zapłacili. Kolega z liceum, który mieszka obecnie w Stanach Zjednoczonych, do tej pory nie wiedział, że jego ojciec był skazany i że pracował w tej kopalni. Dowiedział się o tym z mojej książki. To była dla tych ludzi naprawdę tak duża trauma, że nie chcieli o tym rozmawiać.  Większość z nich poznałem, boto koledzy mojego ojca. Na ten temat pisał wcześniej w publikacjach w internecie i Tygodniku Sanockim Andrzej Romaniak. Natomiast ta historia nie była do końca wyjaśniona.

Pewnie byli to chłopcy z Przedmieścia, którzy razem dorastali?

Tak, byli to chłopcy z Przedmieścia, którzy po wojnie, na strychu naszego domu słuchali Radia Wolna Europa. To radio, Pionier,  mam do tej pory. Wiem z opowieści ojca, że oni zwyczajnie spotykali się i słuchali informacji ze świata, co się w Polsce i na świecie dzieje, a później zaczęli tworzyć organizację, która właściwie była tylko buntem młodzieńczym. Żadnej specjalnej akcji wywrotowej nie przeprowadzono. Udało im się ukraść z piwnicy w muzeum maszynę do pisania, na której chcieli powielać ulotki. Właściwie to była jedna akcja. Zdobyli też dwa egzemplarze broni palnej. Zresztą dwóch członków tej organizacji było wcześniej żołnierzami w oddziale Żubryda. Mieli swoją przeszłość, ale właściwie żadnej działalności wywrotowej nie prowadzili.

Jak długo zbierał Pan materiały i jak długo trwało pisanie książki? Jest to bardzo obszerne dzieło.

Zbieranie i pisanie książki trwało właściwie około 5 lat, przy czym nie jest to głównie moją zasługą. Większość materiałów, na przykład tych archiwalnych, pozyskanych między innymi z Archiwum Państwowego w Sanoku,
z Archiwum Diecezjalnego w Przemyślu czy też z Państwowych Archiwów
w Przemyślu i Rzeszowie przekazał mi Paweł Nestorowicz, który wcześniej też miał pomysł na napisanie takiej książki. Po drugie bardzo wiele osób przekazało mi swoje opracowania. Uzyskałem wspomnienia ks. Krzysztofa Pacześniaka, siostry Elżbiety Korobij. Dzięki uprzejmości Sanockiego Gospodarstwa Gospodarki Mieszkaniowej zdobyłem wspomnienia byłego dyrektora Franciszka Faldy. Korzystałem też z wielu opracowań już istniejących, dotyczących liceum, szkolnictwa podstawowego,kościoła p.w. Najświętszej Marii Panny czy na przykład wydanej książki o cmentarzu sanockim. Moja praca polegała głównie na zebraniu informacji i publikacji, które istnieją i połączenia ich w jedną książkę . Oczywiście jest ona również  wynikiem dodatkowych badań,np. dotyczących Kółka Rolniczego czy Inspekcji Sanitarnej. Praca polegała głównie na przeglądaniu starych zapisków, dokumentów, gazet, bo wielu ludzi, którzy pamiętali tamte czasy już nie żyje. Udało mi się jednak z kilkoma osobami porozmawiać .

Interesują mnie świadkowie tamtych lat. Do kogo udało się Panu dotrzeć?

Moja ciocia Cecylia Majka dobrze pamięta jeszcze okres przedwojenny. Rozmawiałem z prof. Wiesławą Kotulską, nauczycielką matematyki z Przedmieścia, z rodziny Mazurów, z Martą Sphon, córką Romana Wajdy , która przyjechała do Polski, bo mieszka na stale w Anglii, z panią profesor Marią Macko i innymi mieszkańcami ul. Głowackiego. Jeśli udało mi się uzyskać informacje z pierwszej ręki to starałem się je zamieścić.

 

Więcej przeczytacie w papierowej wersji TS.

Zapraszamy do lektury gazety!