Mateusz Matysiak i jego mocarze

Mateusz Matysiak i jego mocarze

 „Bieszczadzcy mocarze” to album poświęcony faunie Bieszczadów. Tytuł nasuwa na myśl te największe drapieżniki, które występują na naszych terenach. Jednak, kiedy zagłębiamy się w kolejne strony, przekonujemy się z satysfakcją, że autor nikogo nie pominął. Znajdujemy bowiem tu również tych małych przedstawicieli przyrody, a wśród nich te rzadkie okazy.

Kiedy w twojej głowie pojawił się pomysł na stworzenie właśnie takiego albumu?

Album powstawał w głowie przez długie lata, najpierw rodził się w terenie, potem na ekranie monitora. W każdym razie trwało to długo, pewnie nawet za długo. W efekcie tych parunastu lat mojego bieszczadowania w dzikiej przyrodzie stworzyłem księgę, przepełnioną różnorodnymi starannie wyselekcjonowanymi obrazami wielu gatunków roślin i zwierząt ukazanych na tle wszystkich pór roku i w różnorodnych krajobrazach tej magicznej krainy.

Mateusz Matysiak portret Biesy aut.Agata Katafiasz Matysiak nz 300x200 - Mateusz Matysiak i jego mocarzeDla mnie mocarzami są nie tylko największe drapieżniki, takie jak niedźwiedzie, wilki i rysie lub wielcy roślinożercy, a więc żubry i jelenie, choć te przede wszystkim, ale również te niepozorne, małe, zaradne istoty, które swoim wielkim charakterem i świetnym przystosowaniem do trudnych warunków życia w górach i w obecności czyhających na nie drapieżników są niemniej mocarne od największych olbrzymów. Przykładem takiego mocarza jest choćby najmniejsza europejska sowa – sóweczka, ledwie wielkości szpaka, a niezwykle przebojowa i niestrudzona w boju. Potrafi polować nawet na większe od siebie drozdy lub nawet na twardodziobe dzięcioły. Innym przykładem mocarnego maleństwa są chrząszcze – np. drapieżne, szybkie trzyszcze o „szczękach” proporcjonalnie znacznie większych i silniejszych od tych wilczych.

Tysiące, jeśli nie setki godzin wymaga taka praca. Ile czasu poświęciłeś na wykonanie wszystkich fotografii, które możemy dziś podziwiać w albumie?

Setki godzin też, ale dni a nawet tygodni na pewno. Na podstawie zbiorów z mojego wielkiego archiwum zdjęciowego wyliczyłem dosyć dokładnie, że przy fotografowaniu przyrody w Bieszczadach spędziłem znacznie ponad 1000 dni w ciągu 12 ostatnich lat. Przyznam, że tą statystyką zaimponowałem nawet sam sobie. I zastanawiam się, jak to było możliwe. Ciągle przecież dojeżdżam w Bieszczady, pomieszkując na odległym Mazowszu i starając się dbać tu o ukochaną rodzinę. No ale, jak widać, nie ma rzeczy niemożliwych, gdy wielka pasja staje się niejako sposobem na życie.

Z pewnością wymagało to ogromnej cierpliwości, odporności na ciężkie warunki pogodowe, czy miałeś wobec tego moment, że chciałeś się poddać i odpuścić jakieś ujęcie?

Fotografowanie dzikich zwierząt w górskich warunkach, zwłaszcza takich prawdziwie zimowych, wymaga ogromnej determinacji i uporu, ale przede wszystkim ciągłej, niekończącej się walki z samym sobą, z własnymi słabościami i niemocami. Ta robota jest wprost przepełniona porażkami. Bywają całe tygodnie, że nic nie udaje się zarejestrować. Wtedy czasem frustracja daje o sobie znać, ale pasja nie pozwala rezygnować.
Jednak sukces fotograficzny w takich okolicznościach smakuje przeogromnie, bo zawsze jest potwornie wyczekany i wydumany na wszelkie sposoby. Zwłaszcza że w dzisiejszych niezwykle zagonionych w mieście czasach wszystko pędzi i przemija jak szalone, a tu nagle okazuje się, że podczas zasiadki w dziczy i wyczekiwania na zwierza – tego czasu robi się mnóstwo i wydaje się, że potwornie się wlecze. Zupełnie inaczej niż wtedy, gdy nagle pojawia się przed obiektywem wyczekiwany dziki bohater. Wówczas znowu wszystko dzieje się błyskawicznie, do tego stopnia, że wnet wydarzenia zostają już tylko na kartach pamięci i w głowie pełnej cudownych wspomnień i przeżyć.

Zdarzało się, że godzinami przesiadywałeś w jednym miejscu, by uchwycić idealne ujęcie?

Na wymarzone ujęcia, które wyobraźnia bardzo szczegółowo rysuje w mojej głowie czeka się nie godzinami, ale… latami. Dosłownie. Oczywiście nie jest to bierne czekanie na zbawienie, ale realizacja wielu różnych pomysłów, przedsięwzięć, podejmowanie wielu prób różnymi sposobami itp. Wszystko zależy od tego, co chcemy uzyskać i osiągnąć…
Stosunkowo niewiele zdjęć dzikich, tych najbardziej płochliwych, niezwykle czujnych zwierząt, takich jak drapieżniki, powstaje z przypadku, z podjazdu czy podchodu, choć i takich jest całkiem sporo, i one również bardzo cieszą. Jednak zdecydowana większość z nich to efekt długiego poznawania terenu, siedlisk, ostoi, codziennego rozpoznawania sytuacji i ciągłych obserwacji, następnie licznych przygotowań i w końcu wielogodzinnego, wielodniowego wyczekiwania w różnych wytypowanych miejscach, z reguły w ukryciu i maskowaniu.

Jakie to uczucie mieć świadomość, że przebywa się tak blisko zwierząt, które są dzikimi drapieżnikami, jak wilki czy niedźwiedzie? Zdarzało się, że czułeś lęk?

Wielka pasja, która ogarnia umysł najczęściej wcale nie pozwala dojść do głosu takim odczuciom jak strach czy lęk. W większości przypadków zastępuje je u mnie skrajna ekscytacja, niezwykle pozytywne podniecenie, wynikające z przebywania w bezpośredniej bliskości dużych zwierząt, a szczególnie, gdy niezwykle płochliwe gatunki zachowują się zupełnie naturalnie, często nie mając nawet pojęcia o mojej obecności. Na dodatek duża wiedza i doświadczenie na temat właściwych zachowań wobec dużych, niebezpiecznych drapieżników uspokaja na tyle, że można skupić się na niezmąconej obserwacji i fotografowaniu. Oczywiście to, że wiem, jak się zachować i czego mogę oczekiwać z ich strony, nie zwalnia mnie z postępowania na wskroś zdroworozsądkowego, To żelazna zasada, której staram się trzymać, gdyż pasja i ekscytacja potrafią prowadzić ma manowce w dążeniu do coraz lepszych i bliższych ujęć. W skrajnych sytuacjach mówię sobie STOP. Zwłaszcza że nie tylko moje własne bezpieczeństwo, ale i dobro samych zwierząt i przyrody jest dla mnie niezwykle ważne i potrafię sobie postawić granice nieprzekraczalne.

Teoretycznie ludzie wiedzą, co robić, gdy zaatakuje ich niedźwiedź, a jak jest z wilkami? Czy zasady ostrożności są takie same, czy może wobec tych zwierząt należy przyjąć inną postawę?

Wilki wydają się być zupełnie niegroźne dla człowieka. Z jednej strony wszyscy mamy pewną świadomość, że w przypadku ewentualnego ataku watahy w lesie bylibyśmy kompletnie bezradni, nie mając żadnej broni przy sobie. W końcu to są zwierzęta skutecznie polujące na o wiele większe od nas jelenie, dziki czy nawet żubry. Ale po tylu latach zdecydowanie mogę stwierdzić, że ze strony wilków, mimo iż bardzo często przebywam bardzo blisko tych zwierząt, nigdy nie doznałem jakiegokolwiek przejawu agresji czy jakiegokolwiek podejrzanego zainteresowania.

Zresztą, wilki z najbardziej znanej mi watahy z doliny Sanu dobrze mnie znają i świetnie tolerują. I bywa, że pozwalają mi na więcej (i bliżej) niż innym ludziom, w tym również miejscowym, a na dużo więcej niż tym, do których nie mają kompletnie zaufania i których boją się jak ognia. To wspaniałe, inteligentne i niezwykle rodzinne zwierzęta, o ogromnej więzi emocjonalnej wśród członków swojej społeczności. Niezwykle zgrane i dobrze zorganizowane, dzielne, wytrzymałe, wiernie oddane swoim. Wielu takich cech możemy im tylko pozazdrościć. Nie bez powodu tak bardzo kochamy nasze domowe psy, które bywają naszymi największymi przyjaciółmi. One przecież mają większość tych wilczych cech, które nam tak bardzo odpowiadają, wręcz imponują.

O czym należy pamiętać, gdy wyrusza się na przygodę z aparatem, gdzie „modelami” są dzikie zwierzęta?

Przede wszystkim o tym, że to zwierzęta w górach i w lesie są u siebie, a my tylko tam gościmy, na krócej lub nieco dłużej. Czujmy się w lesie swobodnie, korzystajmy, ale mądrze i rozsądnie, na warunkach zwierząt, bo to ich dom. Dlatego z aparatem nie przekraczajmy granic przyzwoitości, nie zaglądajmy w miejsca intymne, do gniazd czy w gęste gąszcze, miejsca wypoczynku. Również ze względu na swoje własne bezpieczeństwo.
Jeżeli chcemy zacząć fotografować przyrodę i zwierzęta, to rozpocznijmy przygodę od obserwacji i uwieczniania tych gatunków, które całkiem licznie żyją jeszcze blisko nas, również w miastach. I starajmy się chłonąć wówczas wszelką wiedzę o nich, z dobrych książek, ale i od ludzi, fachowców, specjalistów, którzy się nimi zajmują. Bez wiedzy o dzikich zwierzętach uczynimy więcej złego niż dobrego, im i sobie.

Czy z całego albumu byłbyś w stanie wybrać swoje ulubione zdjęcie, którego wykonanie kosztowało cię naprawdę mnóstwo czasu, a po jego zrobieniu poczułeś niewyobrażalną dumę? Domyślam się, że każda fotografia jest dla ciebie wyjątkowa, ale tak jak malarz ma swój ulubiony obraz, tak fotograf pewnie ma zdjęcie.

Zupełnie szczerze to w albumie jest całe mnóstwo takich fotografii, które kosztowały mnie dużo czasu, wysiłku i przygotowań, bo duże drapieżniki to zwierzęta najtrudniejsze do obserwacji i fotografowania. Z powodu swojej płochliwości i niezwykle czułych zmysłów są bardzo wymagającymi modelami. A każde wybrane do albumu zdjęcie ma swoją historię, o każdym mógłbym bardzo długo i ciekawie opowiadać.

Mnie osobiście urzekła fotografia znajdująca się na 112 stronie, która przedstawia samicę niedźwiedzia w reflektorze wschodzącego słońca. Jest piękne i wydaje się nierealne. Zechcesz opowiedzieć czytelnikom, jak ono powstało? To właśnie ten moment zatrzymałeś na wieczność? W jaki sposób ci się to udało?

Na zdjęciu, o którym mówisz, uwieczniłem pięknego, dorodnego brunatnego młodzieńca. Na to zdjęcie, które sobie bardzo długo tylko wyobrażałem, polowałem w tym dokładnie miejscu parę… lat. I udało się! Minęły już pewnie ze trzy albo cztery lata, od kiedy powstało, a ja ciągle nie mogę uwierzyć, że to wymarzone ujęcie stało się faktem. Wyobraź sobie tylko, że ten reflektor wschodzącego w tym miejscu słońca jest zaledwie przez 2-3 minuty dziennie i tylko wtedy, o ile trafi się słoneczny dzień, na przełomie wiosny i lata rysuje takie nieprawdopodobne grafiki na pniach wielkich jodeł.

Z zawodu jesteś biologiem, czy ta profesja jakoś pomogła w pracach nad zdjęciami? Np. wiedziałeś, gdzie może wystąpić dany okaz?

W moim przypadku decydującym momentem było dzieciństwo i moi wspaniali rodzice, którzy nauczyli mnie przyrody i wielkiego szacunku do niej, ale i ogromnej wrażliwości na wartości przyrodnicze i całe otoczenie. Dzięki nim zrobiłem takie, a nie inne studia, leśne i biologiczne. I nie mam żadnych wątpliwości, że w przypadku fotografowania przyrody, zwłaszcza dzikich zwierząt, wiedza biologiczna i przyrodnicza jest absolutnie kluczowa, by robić to dobrze i bezpiecznie, bez szkody dla siebie i zwierząt. I skutecznie. Doświadczenie zdobywałem latami na gruncie bardzo solidnych podstaw z zakresu biologii i ekologii tych gatunków, które mnie zainteresowały. Jednocześnie wszystko łączyłem z wiedzą o lesie, którą zdobywałem na studiach leśnych. Od tego i dzięki temu wszystko się zaczęło oraz stało się możliwe i osiągalne.

Rozmawiała Emilia Wituszyńska

Fot. Agata Matysiak, fotomatysiak.pl

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj