Gieru - domek bez adresu

Gieru – domek bez adresu

Gieru - domek bez adresu
Lidia i Gieru

Po długiej chorobie 27 lipca zmarł muzyk Michał Giercuszkiewicz Gieru –, urodzony w Katowicach, perkusista polskich bluesowych grup muzycznych: Dżem, Bezdomne Psy, Kwadrat. Wiele lat związany ze Śląską Grupą Bluesową. Długoletni przyjaciel Ryśka Riedla.

Gieru, był postacią niezwykle barwną, ciekawą, charakterystyczną. Mówił o sobie, że jego dom, to już do końca tutaj, na Jeziorze. Od 1996 roku mieszkał na tratwie, którą sam wybudował, najpierw w Zatoce Teleśnickiej, później na Werlasie.  W Bieszczady przyjechał do swojego wuja – Krzysztofa Brossa. Uciekł od świata show biznesu i narkotyków. Ciężką pracą u wuja starał się zastąpić głód uzależnienia. I wtedy to poznał urok Bieszczadów. Postanowił zostać tutaj na zawsze.

Poprosiłam o chwilę wspomnień o Michale, długoletniego jego przyjaciela Jana Dareckiego zwanego Pustelnikiem Jano.

Jak długo się znałeś z Gierem, w jakich okolicznościach się poznaliście?

Poznałem Giera mniej więcej siedemnaście lat temu.  Idąc przez Zatokę Teleśnicką w odwiedziny do Krzycha Brossa, przeszedłem obok tratwy. Zobaczyłem na niej człowieka. Przywitaliśmy się, dowiedziałem się, że to Gieru. Zaprosił mnie na herbatę na tę swoją tratwę. Już od pierwszego spotkania można powiedzieć, że nawiązała się nić przyjaźni. Nasza rozmowa, pierwsza, a jakbyśmy się znali kupę lat. Ponadto Gieru nie był typem gaduły, a ja jeszcze mniej. Więc piliśmy tę herbatę czasem w całkowitej ciszy i chyba wtedy najbardziej się porozumiewaliśmy. Od tego czasu spotykaliśmy się dość często, czasem spędzaliśmy w milczeniu kilka godzin, słuchając muzyki.

I mieszkał tam na tej tratwie cały czas?

Tak. W ogóle Gieru to był wspaniały, ciepły człowiek. Gdy wyszedł z uzależnienia, Bieszczady dały mu drugie życie. To był radosny i pogodny człowiek. Przyjeżdżałem do niego z muzykami, czasem z telewizją i dziennikarzami. Historia człowieka z tratwy, stała się już głośna na całą Polskę. Był nietuzinkowym człowiekiem. Niesamowicie utalentowanym muzykiem, któremu w głowie się nie przewróciło. Był skromny, nie ukrywajmy – biedny, często bywało, że nie miał, co jeść. Ale jakoś sobie radził. Mimo problemów, był radosny, pogodny, otwarty do ludzi. On po prostu taki był. Ale zanim zamieszkał na tratwie, to mieszkał na Wyspie Skalistej.  Wcześniej ja tam mieszkałem samotnie w pustelni swojej.  Praca u Brossa uwolniła go od nałogu, Bieszczady dały mu pokój wewnętrzny, dały mu siłę. Co jest bardzo ważne, z wewnętrznej pogody Giera, wypływała życzliwość dla ludzi. Wszystkich ludzi.  To było piękne.

Z Teleśncy do Werlasu?

Gieru - domek bez adresuTak wyszło, ale lubił to miejsce.  Ja go często na Werlasie odwiedzałem. Wiele ekip telewizyjnych zawitało na tej tratwie. I pamiętam takie zdarzenie, które daje obraz, jaki był Gieru.  Przyjechała duża ekipa TV, kilka kamer, statywy, światło. Zaczynają kręcić program. Nagle na brzegu pojawia się starszy mężczyzna. Z płytami w ręce. Bardzo chciał przywitać się z Gierem i zdobyć autografy dla syna. I co? Gieru grzecznie przeprosił ekipę TV i poszedł do tego człowieka. Porozmawiali. Podpisał płyty, uściskali ręce. I dopiero wtedy przyszedł udzielać dalej wywiadu. Nigdy Gieru nie dał odczuć, że jest znany, że kojarzony. Zawsze szanował innych ludzi. Był grzeczny i życzliwy. Powtórzę to po raz kolejny, że emanował dobrem.  I nie mówię tak, bo Gieru już nie żyje, mówiłem tak zawsze o nim, co zresztą również opisałem w każdej z książek, gdzie postać Giera była jednym z bohaterów.

O czym najczęściej rozmawialiście?

Najczęściej to wspólnie milczeliśmy. I to najbardziej cenię. Męskie milczenie. Bez nadmiaru słów. Ale też Michał lubił żartować, jak miał dobry humor, to opowiadał swoje śmieszne historyjki z życia. Kiedyś po koncercie Black Sabath w Katowicach, Gieru zaprosił do siebie do hotelu jednego z muzyków zespołu. Ale, że Gierowi się wtedy z kasą nie przelewało, to w monopolowym kupił najtańsze wino. Poczęstował muzyka „jabolem”, a że Gieru niewiele, co po angielsku umiał, a muzyk Black Sabath po polsku w ogóle, – ale wino, marki „wino” tak ułatwiło konwersację, że chłopaki „gadali” do rana. Lubił wspominać tą sytuację.

A jak Gieru odbierał Bieszczady? Czy coś mówiło tym?

To było właśnie dla niego bardzo charakterystyczne. On niczego nie ubierał w słowa. Nie był typem mówcy, on kochał to, co go otaczało i to było widać. Nie musiał tego nazywać.  Nawet jak pytano go podczas wywiadów, mówił: „popatrzcie, dlaczego tutaj jestem. Bo tutaj jest pięknie”.

A z tego, co wiem, to wielkim przeżyciem artystycznym Giera, był koncert B.B Kinga, w którym zagrał, jako jego perkusista. Nawet płyta była z tego koncertu. Było to wielkie przeżycie dla Giera. Nawet na ścianie swojej tratwy miał zdjęcia pamiątkowe.

Tratwa nie dom? Czy wiesz, dlaczego?

Pewnie kiedyś na ten temat rozmawialiśmy, ale nie pamiętam. Wiele rozmów było, a ja nie starałem się też wypytywać. Czasem coś powiedział jakby mimochodem, ale niekoniecznie mówił o sobie. Mówił o swojej tratwie „domek bez adresu”.

Gieru związany był z Bieszczadami, był częścią tego miejsca. Podobno nawet wilki traktowały go jak swojego?

Tak. Mieszkał wtedy na tratwie w Zatoce te Teleśnickiej. I na zimę wilki przychodziły mu na brzeg, on wychodził ze swojej tratwy, stał na niej, a wilki na brzegu. I jak mówił, to one nie przyszły go zjeść, one go oglądały, a on oglądał je. Te wizyty były prawie codzienne, a wilki zaczęły traktować go w końcu jak element krajobrazu.  Moim skromnym zdaniem, Gieru wybrał Bieszczady i powinien tutaj już na zawsze pozostać. No, ale, o takich sprawach decyduje rodzina. Nic nam do tego.

Dziękuję Jano za te chwilę wspomnień

Andrzej Potocki w książce „Majster Bieda, czyli Zakapiorskie Bieszczady” o Giercuszkiewiczu napisał tak:

„On cieszy się, że ma wyjechać na koncert, bo przecież nie zdarza się to zbyt często. Ale z chwilą, kiedy schodzi zza bębnów, po koncercie, myśli tylko o powrocie w Bieszczady, na tratwę. Mówią kumple- zostań, mamy hotel. A on zawsze mówił – Nie. Jadę do siebie.”

Michał Giercuszkiewicz został pochowany 31 lipca na cmentarzu w Katowicach, a kawałek jego bieszczadzkiego życia przypominało zdjęcie, które zrobił mu jego przyjaciel Jano.

Tak długo żyć będzie w Bieszczadach, dopóki go tutaj będą pamiętali. Dziś samotna tratwa, nie zagra na bębnach, a pałeczki nie spoczną w dłoniach swojego właściciela.

Po śmierci Giera, padły smutne słowa od jednego z Bieszczadników: Giera bieszczadzka przygoda skończyła się wraz z pochowaniem go w Katowicach. Ci, co zostali w bieszczadzkiej ziemi, nadal wędrują Bieszczadem…

Lidia tul-Chmielewska

 

 

 

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj