Strzebowiska i dom z widokiem….

Strzebowiska i dom z widokiem…

Strzebowiska i dom z widokiem….Wieś malowniczo położona, z przepięknym widokiem na połoniny. Malowniczy masyw Wetlińskiej o każdej porze roku napawa zachwytem. Dziś coraz więcej tutaj mieszkańców i turystów. Trudno sobie wyobrazić, że kilkadziesiąt lat temu, mało, kto chciał tutaj ziemię kupować i żyć.

A jednak…

Podchodząc pod dom, gdzie umówiona jestem na spotkanie, z dala widzę wyjątkowy budynek. Kiedyś w reportażu TVP3 Andrzeja Potockiego – gospodarz i jego dom otrzymał przepiękną nazwę, która przylgnęła do miejsca: „Człowiek z widokiem”. Kim są gospodarze tego miejsca?

To Dorota i Krzychu Szymala – Zbójem w Bieszczadach zwany

Strzebowiska i dom z widokiem….O ile z Krzychem Szymalą znajdziemy dość wiele materiałów i filmów, o tyle z Szymalową żoną – Dorotką – będzie ciężko się doszukać. Warto mieć jednak świadomość, że żona Zbója – to żona wyjątkowa. Dlaczego? No właśnie, dlaczego wyjątkowa? Bieszczady to wyzwanie dla człowieka, to także próba sił i charakteru. Niewątpliwie dotyczy to także ludzi, w związkach, gdzie wspólnie dźwigają dolę i niedolę tego jakże pięknego miejsca.

Na werandzie już wyglądał mnie gospodarz, za chwilę dołączyła Dorota. W jednej chwili zatrzymał się zegar i chciałoby się by ta chwila tam u Nich trwała na zawsze. Życzliwość gospodarzy, urok tego miejsca- wszystko dookoła daje poczucie, że trafiło się do właściwych ludzi pod właściwy adres.

Na werandzie siadamy przy pysznej herbacie z miodem i cytryną i zaczynamy wspólną rozmowę.

Krzysiek, Bieszczady i Ty. Jak to się zaczęło?

W Bieszczady przyjechałem w kwietniu 1973 roku. Wtedy przyjechałem całkiem świadomie, a stało się to za sprawą Henia Wiktoriniego. Pochodzę z Lublina i zanim wybrałem swoje Bieszczady, pracowałem w kopalni na Śląsku. Wtedy zobaczyłem film. Film, który pokazywał jak Heniu Wiktorini, przenosił się z pałacyku, w którym mieszkał na Sokolem (miejsce, które miało zostać zalane wodami Zalewu Solińskiego), na nowe miejsce. Heniu przenosił się ze swoim dobytkiem na koniach. Trafiło mnie to prosto w serce. Tak bardzo mi się to spodobało, te konie, ta przeprawa, te widoki i ta dzikość. To był akurat czas, kiedy stałem się świeżym żonkosiem, w 1972 roku urodziła się też moja córka Marta. Wiele wydarzeń jednym roku. I ten film, który w mojej młodej głowie i sercu kompletnie zmienił wszystko. Z dnia na dzień, zostawiłem dom, rodzinę i wyjechałem w Bieszczady. Wziąłem plecak, psa i wyjechałem. Zobacz te brzozy i modrzewie. Teraz ogromne, wtedy były młode, malutkie. Tutaj moje pierwsze miejsce. Między nimi rozwiesiłem plandekę i tak pod nimi spałem i mieszkałem. Wszędzie pusto było. Nic tutaj nie było. Kompletnie.

Jak to rozbiłeś sobie niby namiot, niby od razu zamieszkałeś?

No nie. Początkiem to tak na dziko sobie można biwakować było, bo nikt tutaj się nie interesował, kto, co, skąd i dlaczego. Ale przecież chciałem tutaj zamieszkać. Ściągnąć rodzinę. Taki plan sobie wymarzyłem. Nie było to takie proste okazuje się. Najpierw trzeba było kupić ziemię. Były preferencyjne wtedy warunki kredytowania w bankach na zagospodarowanie się w Bieszczadach. Ale… trzeba było mieć papiery, że się jest rolnikiem. Jakie papiery!? Ja –mieszczuch, górnik, gdzie mi do rolnika! No, ale to były czasy, że wszystko dało się załatwić. Więc załatwiłem sobie papiery rolnika. Tak, więc pojawiłem się w banku z papierami „mistrz hodowcy bydła”.  Było wtedy tak zwane prawo osadnicze (chyba nawet jestem ostatnim osadnikiem). A na Strzebowiskach było pusto, może dwie chałupy gdzieś niżej. Całkiem pusto. Ale nie chciałem nic innego.

Czyli Strzebowiska to były Twoje miejsce od początku?

Jak przyjechałem z tym dyplomem, to dostałem propozycję osadzenia się na dobrych ziemiach (no dyplom to dyplom), w Zahoczewiu.  Tam miałem mieć 20 ha w jednym kawałku. Popatrzyłem w tym Zahoczewiu, porozglądałem się – mówię – nie. Nie podoba mi się. Mówię do nich, ja chcę w dzikich terenach. No to zaproponowali mi już ostatnie, co mieli, a nikt nie chciał – Strubowiska. Mówią, że to już w górach, dziko, wysoko, zero ludzi.  Podjechałem do Strubowisk, zobaczyłem i już wiedziałem. To jest TO! Zadziwić się nie mogli, że ja z takim dyplomem, na takim dzikim miejscu. Tłumaczę, że ja doświadczony hodowca bydła (śmiech), pokażę jak to trzeba gospodarować Bieszczadach. W duszy śmiałem się z tego, bo ja o hodowli wiedziałem tyle, że jest krowa i koń, a nawet nie wiedziałem, gdzie krowa ma ogon (śmiech). No, ale Strubowiska dostałem, oczywiści na preferencyjne warunki kredytowe z banku, osiadłem pod tą plandeką i żyję tutaj do dziś.

Plan miałeś zostać hodowcą bydła? Rolnikiem?

Troll w Cisnej rzeźba Krzycha Szymali

Wiesz, co było moim planem? Ucieczka z miasta. Nie miałem żadnego planu na życie tutaj. Miasta miałem dość, towarzystwa, w jakim tam sie obracałem.  Ja po prostu od tego uciekłem i sie odciąłem.  Kiedy zobaczyłem ten film o Wiktorinim, kiedy moje pierwsza żona urodziła nam córkę Martę, powiedziałem czas coś zrobić z życiem, bo szedłem nie w tym kierunku, co należy. Musiałem coś zmienić w życiu, a wiedziałem, że w mieście sobie już nie poradzę. No i wyjechałem w te Bieszczady. Musiałem to rzucić, zacząć życie od nowa.  Powiem, że moje życie tutaj nie było łatwiejsze, było bardzo trudno, ale patrząc tak z perspektywy czasu, była to moja pewnego rodzaju pokuta, za czasy miejskie, pokuta, która uczyniła mnie człowiekiem szczęśliwym.

A rodzina? Kiedy przyjechała tutaj do Ciebie?

Ewa – pierwsza żona, odnalazła mnie po pół roku dopiero, bo nie wiedziała nawet gdzie ja uciekłem. Odnalazła mnie, bo moja mama wreszcie dała jej adres gdzie jestem i przyjechała.  Taka dama z miasta, niepasująca całkiem tutaj. W eleganckich butach, kostiumie. A tutaj wszędzie błoto po kolana, miejscami po pas. Przyjechała ostatnim autobusem, pokierowano ją, że tam na szczycie góry zobaczysz małe światełko od świecy. To tam. Ja wówczas zbudowałem sobie na tej zakupionej ziemi od banku szopkę. Malutka, z piecem. Całe moje gospodarstwo. Jak przyszła to wyglądała w opłakanym stanie.  Otwarłem drzwi a ona z płaczem: Gdzieś ty mnie tutaj sprowadził!!!!

Ale została zemną. Wówczas bardzo, bardzo mi pomogła. Ta bieda tutaj była nie do opisania. Gdyby nie wspólne „organizowanie” pracy z Ryśkiem Szocińskim nie dałoby się przeżyć. A żyliśmy z kłusowania, ze sprzedaży choinek, z czego się dało. Wiesz takie trochę zbójeckie zajęcia, stąd pewnie zostałem tym Zbójem.  Jak Ewa przyjechała, podjęła pracę w sklepie, gdzie teraz jest Biesisko na Przysłupiu, dzięki temu była stała pensja, żywność. Ja wówczas od podstaw budowałem ten dom, w którym jesteśmy teraz. Sam własnymi rękoma stawiałem. Tutaj żadnych maszyn, bez prądu. Mieszanie betonu w taczkach, fundamenty na dwa metry. Jak ja sobie to wspominam ile we mnie musiało być determinacji i siły, by to znieść. Taki chłopak z miasta, ale nie poddałem się.  

Życie was nie rozpieszczało tutaj.

Musiałem zająć się rolnictwem. Więc i tego się uczyłem, bo papiery wiadomo jak zdobyte, pojęcia o gospodarce nie było. Uczyłem się, bo taki był wymóg banków, że osadnik ma tutaj gospodarować. Z SKR miałem możliwość wynajmowania maszyn (oni wówczas pomagali osadnikom), więc uprawiałem jeszcze pola. Jak sobie to przypominam, do dziś nie wierzę, że ja wogóle temu podołałem. Jak biednie było tutaj, głód, zimno, dzieciakom trzeba było dawać jeść, to szedłem pracować do lasu. Przy wycince, ciężka praca. Kto nie był, to nie ma pojęcia. Miałem 10 ha lasu, wycinałem, woziłem na wypał i tam sprzedawałem, dobry grosz był, ale praca często nadludzka.  Na zimę handlowałem w Lublinie choinkami, na lato z Ryśkiem Szocińskim, by tez coś zarobić – robiliśmy pamiątki. Rzeźbiłem.

Ty rzeźbiłeś? Z tej strony to Cię nie znałam jeszcze!

No a jakże! Sporo rzeźb moich po Bieszczadach i nie tylko. Najbliżej to chcesz zobaczyć to kapliczka na Strzebowiskach powyżej mnie, przy domu. A w Cisnej w Trollu wszystkie rzeźby i rzeźba Biesa, z kuflem. Trochę się pracowało dłutem, by i z tego chleb był.

Ewa dała tutaj radę? Wytrzymała te srogie Bieszczady?

Długo Ewa zemną tutaj była, ale bywało coraz gorzej z nami. Jej to życie przestawało tutaj pasować.  Małe dzieci, praca, gospodarstwo. Ona była typowo miejska kobieta. Przyznam się, że nie sądziłem, że w ogóle da radę tutaj mieszkać. Trochę dała. Ale przyszedł rok 1989. Jej ojciec wyjechał na kontrakt do Austrii i Ewa natychmiast podjęła decyzję, że jedzie do niego. Co się mogłem dziwić? Ja też kiedyś zabrałem się i odszedłem. Mogłem tylko jej decyzję zaakceptować. Dzieciaki Marta i Bartek po ukończeniu tutaj szkół pojechały do matki. Ja zostałem sam.

Ale dzieci wróciły…

Moje dzieci jednak, nie chciały Wiednia, Austrii – pobyły coś tam ponad rok z matką i wrócili w Bieszczady. Kupili od SKR -u to Biesisko i zaczęli żyć już po swojemu.

A jak to było z Twoim kowbojowaniem? Napadami na turystów?

Zabawa w zbójowanie i napady na kolejkę arch. domowe

Wiesz, to takie opowieści dla turystów.  A te napady rozpoczęły się od zabawy. Wracaliśmy z jakiegoś rajdu konnego z całą grupą. Poboczami przez łąki, zobaczyliśmy kolejkę z oddali i dla hecy, skrzyknęliśmy się, że zrobimy taki western bieszczadzki z napadem na kolejkę. Pozorowaliśmy najazd konny na kolejkę. Trochę zabawy, turyści machali, zdjęcia robili i tyle. Pociąg pojechał, myśmy wrócili. Ot taka śmieszna zabawa da wszystkich. Wieść się jednak rozeszła i przyszli do nas przewodnicy, mówiąc, żeby takie napady na kolejkę wprowadzić do atrakcji. Ludziom to się podoba, coś innego, takiego kowbojskiego. No i tak pod zamówienie robiliśmy napady, czasem i do wagoników wsiadaliśmy racząc się z turystami wszelakimi trunkami. Wesoło było, każdy to wspomina. Kowboje to taki wymysł, romantyczny dla dodania smaku tej turystycznej stronie. Jakie tutaj było kowbojownie? Kto niby miał być tym kowbojem? Filmy, książki zrobiły swoje, a kapelusz skórzany to była nie moda, ale po prostu praktyczne nakrycie głowy. Przypięto mnie i wielu innym łatkę kowboja i zakapiora, ale to taki mit, mocno mijający się z prawdą.

Przyjaźniłeś się z Jędrkiem Połoniną?

Tak, bardzo. Poznałem go w 1976 roku poznałem Jędrka i Juranda. Poznaliśmy się w knajpie. Siedziałem sam, Jurand z Jędrkiem obok przy stoliku o koniach rozmawiali. No to ja, taki młody osadnik tutaj zapytałem, czy mogę dołączyć do rozmowy, zaciekawił mnie temat koni.  Sam już miałem konie, byłem po prostu ciekaw doświadczeń innych. Przyjęli mnie do rozmowy jak swojego i tak się zaczęła nasza przyjaźń. Przez jakiś czas w późniejszym czasie, bodajże w 1981 roku Jędrek pomieszkiwał ze mną w Strzebowiskach. Nie miał gdzie, konie trzeba było tez karmić. Wiele wspomnień z naszej wspólnej przyjaźni i wody ognistej wypite.

Jesteś szczęśliwym człowiekiem, ale bywało wcześniej różnie.

Gdy mnie żona Ewa zostawiła tutaj, wyjechała do Wiednia, bo już nie dała rady być tutaj w tych surowych Bieszczadach, popadłem w nałóg. Staczałem się. Traciłem całkowicie grunt pod nogami – dosłownie i w przenośni.  Pięć lat staczania się człowieka na dno. Znalazłem kompanów miedzy innymi zaprzyjaźniłem się właśnie z Jędrkiem Połoniną no i tak żeśmy sobie wiedli pijacki żywot. Pięć lat wyjęte z życiorysu bieszczadzkiego – trzeźwego. Uratował mnie Mój Anioł – Dorotka. Moja druga obecna żona. Gdyby nie ona, o Szymali by tylko już wspominali.

No właśnie, pojawiasz się Dorotko Ty. Jak to się stało, że się znalazłaś Krzysia?

A na wakacje sobie przyjechałam (śmiech) i zostałam.

Tak po prostu?

Tak, tak po prostu. 

Przyjechałaś z Krakowa, który to był rok?

1994. Wiesz ja na wakacje jeździłam od dawna w Bieszczady. Ale w tym roku pierwszy raz spotkałam Krzyska. I to była moja decyzja życia. Nie Bieszczady, ale Krzychu. Zawsze z koleżankami przyjeżdżałyśmy do Staszka Laski na schronisko na Roztokach. Tam praktycznie można było nocować, za darmo, więc dużo młodzieży zawsze tam nocowało. No i tego roku też przyjechałyśmy, okazuje się, że Staszka tam nie ma, a przebywa u Krzycha Szymali na Strzebowiskach. Chciałyśmy się z nim zobaczyć. Nie zastałyśmy akurat Staszka, ale spotkałyśmy Krzycha. Chciałyśmy zanocować, pogadać i poczekać na Staszka Laskę. No i tak zostałyśmy dość długo.

Ja pamiętam ten dzień – mówi Krzysiek- ktoś puka, otwieram. Za drzwiami trzy młode dziewczyny. Ładne bardzo.  Pytają o Staszka. Szukają kwatery. No u mnie rudera była wtedy, ale mówię spokojnie, mogą przenocować.

Dorotko, decyzja życia?

Miałam wtedy 21 lat, wielokrotnie byłam w Bieszczadach, nawet miałam wtedy rodzinę w Cisnej, lubiłam się włóczyć po połoninach i bezdrożach. Myśl, że kiedyś tutaj zostanę, nie kiełkowała mi nawet w głowie. Do czasu jak trafiłam do Strzebowisk do Krzyśka.  Wiesz, to tak nawet było zabawne, bo kiedy czas powrotu się zbliżał, koleżanki pojechały.  A rano Krzychu patrzy, a ja nadal jestem, zapytał, czemu nie pojechałam. Mówię mu: ja tutaj zostaję (śmiech).

I tak już zostałaś całkiem?

No nie do końca, ja jeszcze studiowałam, musiałam po wakacjach wrócić na studia, ale wracałam, wyjeżdżałam, aż w końcu na trzecim roku przyjechałam na stałe. Studia skończyłam zaocznie.  

Czy zderzenie się z życiem bieszczadzkim, nie przeraziło dziewczyny z miasta?

Nie, nie koniecznie. Nie byłam tutaj sama, bo był Krzysiek. Wiedziałam, że jak ja się nim zaopiekuję, to on mną jeszcze bardziej. Wiesz byłam bardzo młoda, pełna wiary i życia. Dalej we mnie to jest. Miłość uskrzydlała, wspaniałe przeżycia, a żadne problemy nie były aż tak wielkie by ich nie pokonać. Jesteśmy ze sobą 25 lat.

A jak z tym Zbójem Ci się Dorota żyło wtedy?

No romantycznie! (śmiech). Jak widzisz minęło 25 lat od naszego poznania, a 20 lat od ślubu, który braliśmy we wrześniu 2000 roku. Piękne wspomnienia. Na koniach do ślubu, który braliśmy w Cisnej.  Ślub był takie wiesz – kowbojski, piękna złota jesień ech…– dodaje Krzysiek – zobaczysz zdjęcia.

– Wiesz młoda byłam, wspominam to jak nieustające wtedy wakacje – śmieje się Dorota – zachłyśnięta życie, Krzyśkiem, przyrodą, wszystkim, co mnie tutaj otaczało. Nie da się tego tak nazwać, opisać. A Krzyśka nigdy nie starałam się „wychowywać”. Zaakceptowałam go takiego, jakiego go poznałam, a że to dobry człowiek, więc nie było jakiegoś wielkiego wyzwania. Wiadomo, z czasem pojawiały się jakieś problemy, większe, mniejsze, ale dla Krzyśka tutaj zostałam i nic się w tej kwestii nie zmieniło.

A Krzysiek, twoje życie, jak pojawia się Dorota? Co się zmieniło?

No wszystko. Już nie chciało się za bardzo zbójować, kowboić i pić. Miałem piękną, dobrą kobietę, która dla mnie tutaj została, nie patrząc na warunki, więc trzeba było zacząć być mężczyzną. Gospodarzem. Zacząłem remontować to, co tutaj stało, a zbyt wiele nie stało. Więc wziąłem się za budowę, dobudowę i rozbudowę. Dorotka była bardzo aktywna, motywowała mnie.

Pamiętam, ten dzień, – wspomina Krzysiek – kiedy te dziewuszki, co z nimi była Dorotka, miały wyjeżdżać. Uprzątnęły dom, zabrały bagaże pojechały. Mnie wtedy w domu jakoś nie było. Wracam, a tutaj Dorotka została. To był czas, kiedy już trzeba było wracać na studia, a ona jest. Pytam, czemu została, a ona mi mówi – przecież jak tutaj sobie sam poradzisz, kto się Tobą zajmie?

– Ja tego nie pamiętam! – śmieje się Dorota – chyba sobie to wymyśliłeś!

– Tak było – wspomina dalej Krzychu – ja to doskonale pamiętam, bo mnie to bardzo zaskoczyło, wręcz z nóg powaliło.

Dorotka, a Ty w zderzeniu z rzeczywistością, nie wakacyjną, a codzienną, z życiem przy takim Zbóju, w takich warunkach, nie miałaś ochoty tego zostawić w jakimś momencie?

Nie. Nigdy mi to nawet przez myśl nie przeszło. Wiedziałam i widziałam, na co się pisze i nie rozczarowałam się i nie oczekiwałam niczego innego. Mieliśmy konie, które zawsze były moim marzeniem, z biegiem czasu, rozwój turystyki otworzył drzwi nam na noclegi. Połączyliśmy konie, jazdy i noclegi. Trzeba z czegoś żyć, a zawsze młodym się nie jest. Nie zawsze było pieknie i wspaniale, ale nie zwątpiłam w swoją decyzję nigdy.

Na koniec takie pytanie do Was obojga. Gdybyście mogli wrócić się w czasie, czy byłoby coś, co chcielibyście zmienić w życiu?

Krzychu Szymala: nie, byt określił moją świadomość i nie widzę innej drogi. Nie ma, co myśleć, co by było, gdyby było. Jest to, co jest, przeżyłem życie różnie, ale wiem, kim jestem, z kim jestem i gdzie jestem. Twierdzę, że nie zmarnowałem swojego życia, moje dzieci coś mają, coś osiągnęły, jest moja Dorota. Mam wewnętrzny spokój ducha, że pomogłem od siebie coś dać, jako ojciec i mąż.

Dorota Szymala:  W życiu bieszczadzkim nie chciałabym zmieniać nic. Jestem zadowolona. Żyję na wsi, pomimo, że byłam mieszczuchem. Wieś była mi chyba pisana. Mnie się tutaj spodobało, jakbym była od początku w tym miejscu. Nie ma, co porównywać do życia w Nowej Hucie.

Jak Ci się Dorotko udało, że to wszystko, zmieniając miasto na odludzie, poukładałaś w całość?

Ja jestem twarda i niezależna. Mam charakter twardy, stawiam często na swoim i jak coś postanowię to idę do celu. Nie po trupach, bo nigdy nie uczyniłabym krzywdy nikomu, ale nie brakuje mi determinacji w tym, co robię. Początki były trudne, ale dało się radę. A nawiązując do pytania, co bym wżyciu chciała zmienić, to w tym poza bieszczadzkim, wybrałabym inny kierunek studiów. Z wykształcenia jestem geologiem. To bym zmieniła, najchętniej na zielarstwo.  Teraz wiedzę uzupełniam wiedzę w kursach i bibliografii. Chciałam pracować przy zwierzętach i przyrodzie, interesowała mnie ochrona środowiska, a nie żadna geologia. Pomyliłam w ogóle kierunki, bo był to kierunek: Geologia, geofizyka i ochrona środowiska. Dałam się nabrać i stąd ta pomyłka w wykształceniu (śmiech).

A skąd zainteresowanie w kierunku malarstwa, bo wiem, że malujesz. W domu masz też kilka swoich prac?

Rysować, malować lubiłam chyba od zawsze. Czy to jakiś talent? Chyba nie aż tak wielki, a bardziej ogromna przyjemność.  I tutaj w Bieszczadach właśnie, wróciłam do swojej pasji. Zimą, wieczory długie, to, co robić. Zaczęłam malować. Maluję akwarelami z reguły. Nie uważam się za artystkę, ale lubię to robić. Miło jest robić cos, co się lubi.

A jak według was zmieniły się Bieszczady, przez ten czas, co tutaj jesteście?

Dla mnie tak trochę negatywnie – mówi Krzychu– za dużo ludzi, takich roszczeniowych, wymagających, za dużo ogrodzeń i zamykania terenów. Ja pamiętam wolne przestrzenie, a teraz wszędzie tabliczki: własność prywatna, wstęp wzbroniony. To takie moje ograniczenie tej wolności, za którą tutaj przyjechałem.

Ale żyje się teraz materialnie łatwiej – dopowiada Dorota – z mojego punktu widzenia, jako kobiety, która musi zadbać o dom, jest łatwiej. Osobiście mam mieszane uczucia, bo ja lubię ludzi, dla ludzi tutaj też przyjechałam, poza widokami. Podoba mi się, że Bieszczady się rozwijają, ale też nachodzi mnie wątpliwość, czy to wszystko idzie w dobrym dla Bieszczad kierunku. Że za bardzo robi się komercyjnie. Komercyjnie ponad wszystko, to mi wtedy bardzo żal tych Bieszczad, jakie poznałam.

 

Losy ludzi wplecione w dzieje Bieszczad są w wielu miejscach bardzo zbieżne. Ci, którzy wybierali wolność, piękno tych ziem, odnajdywali tutaj swoje miejsce na ziemi. Wielu już nie ma, niektórzy otrzymywali swojego Anioła Stróża – jak mówi Krzysiek Szymala o swojej Dorotce, – tym się udawało. Wielu przepiło i przehulało swoje życie, bo warunki tutaj na to były bardzo sprzyjające.

 Bieszczady to historie. Ludzkie, zwyczajne, niezwyczajne, ale każda jest warta własnej opowieści.

Za rozmowę bardzo dziękuję Krzyśkowi i Dorotce, która wreszcie dała namówić się na chwile rozmowy o sobie, nie całkiem prywatnie.

 

Lidia Tul-Chmielewska

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj