Skazani na niepamięć budowniczowie dróg w Bieszczadach

Skazani na niepamięć budowniczowie dróg w Bieszczadach

Budowniczowie dróg w Bieszczadach
Wojsko w drodze do pracy zbiory prywatne Krzysztof Potaczała

W Bieszczady rzuceni zostali właśnie żołnierze KBW, w celu zagospodarowania bezludnej i dzikiej krainy. Ochotników było brak, więc kim się władza mogła wysłużyć, jak nie tymi, którym wydano rozkaz i nie było mowy o odmowie jego wykonania. To pod koniec lat 50. do budowy pętli bieszczadzkiej zaangażowania żołnierzy jednostek inżynieryjnych. To ci ludzie wydzierali kawałek po kawałku bezdroża, góry, lasy, idąc od wsi do wsi, by pozostawić po sobie drogę, która służy nam do dziś.

 

Bieszczady. Kraina przyciągająca corocznie tysiące turystów, wielbicieli piękna, spokoju. Doskonałe miejsce, by „zaopatrzyć” się we wspomnienia z każdorazowego pobytu tutaj.

Wielu turystów przybywa z zatłoczonych metropolii, gdzie dojazd z punktu A do punktu B ograniczony jest sygnalizacją świetlną, przejściami dla pieszych i „korkami”. Przybywają także i tacy, gdzie przejazd przez odcinek z pracy, do domu, do sklepu i w każdy inny punkt zaplanowany nie stwarza zbytnich problemów. Po prostu wsiada się i jedzie. Nie zastanawiając się, że wybudowana droga służy nam, by ułatwić poruszanie. Czasem utyskiwać można na dziury w drodze, czy roboty drogowe, ale to już jakby „norma” wkalkulowana w nasze podróże w jakimkolwiek celu.

Drogi – coś, co nam służy od wielu lat

Czy zadaliśmy sobie pytanie, jadąc jakąkolwiek drogą, że kiedyś jej tutaj nie było, – więc jak to było? Co tutaj było? Ile pracy trzeba było włożyć, przygotowania terenu, by taka droga powstała. Założyć się można, że 99% kierowców kompletnie o tym nie myśli. No, bo i po co. Droga jest i ma być, bo jest potrzebna.

A czy zadajemy sobie pytanie, jadąc w ukochane Bieszczady, jak można byłoby się tutaj poruszać, gdyby nie słynna już obwodnica bieszczadzka – mała i duża. Większość z nas, nawet o tym nie myśli. Kierowcy z dużych miast często śmigają swoimi błyszczącymi samochodami, nie zważając, że drogi tutaj budowane były w latach, kiedy samochód był doprawdy rzadkim zjawiskiem.  Od czasu budowy dróg w Bieszczadach, nie za wiele się uczyniło w temacie powiększenia ich sieci, a nawet dobrego wyremontowania tych, co już są. O ile obwodnica bieszczadzka, to można tak nazwać „międzykontynentalna” droga, która usprawnia życie w Bieszczadach, a boczne drogi, często są jedynie „ łatane” po zimie.

Sam fakt, jak te drogi powstały  i kiedy, do niedawna nam jeszcze przypominały tablice, umieszczone przy obwodnicach, informujące, kto wylewał tutaj swoje ostatnie poty, by wyrwać tej wówczas dzikiej krainie kawałek po kawałku tereny, abyśmy także i my dzisiaj mogli podróżować i wielbić to miejsce, jakim są Bieszczady. Obecnie możemy spotkać tablice informujące o środkach pozyskanych z Unii, na remont dróg. Wiele zamieszania, maszyn, ludzi, „wahadełek” i czasu, by wyremontować odcinek, poszerzyć, zrobić pobocze. Przy ogromnej masie współczesnej technologii i wielkich funduszy. Niestety, Ci, co te drogi budowali, w prymitywnych warunkach, z kilofem i łopatą w ręce – stali się „persona non grata”, a gdyby nie oni, Bieszczady byłyby niczym dzikie pola, niekoniecznie socjalizmu.

Bez ludzi, bez domów, bez dróg

W obecnym czasie, nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, że w miarę dobra droga w Bieszczady jeszcze w latach 50. dochodziła jedynie do Baligrodu. Dalej były to drogi mniej lub bardziej przystosowane do jazdy, ale im dalej w głąb Bieszczadów, tym drogi były – nazwijmy to umownie „drogami”. O ile jeszcze przejazd był możliwy w okresie letnim, to w miesiącach deszczowych i zimowych, cudem było przedostanie się z jednej miejscowości do drugiej. Tak naprawdę to nie za bardzo było też komu się przedostawać, albowiem po wysiedleniach miejscowej ludności, Bieszczady stały się wymarłym miejscem.  Wysiedlone wsie, zarośnięte drogi wiejskie i trakty. Miejsce zapomniane przez Boga, ale i ludzi.

Na Bieszczady

Przychodzi czas lat 50. kiedy polskie władze przypominają sobie o Bieszczadach. Pomińmy tutaj czas, kiedy „wachlowano” sobie naszą granicą z sąsiadem ze wschodu.  Propaganda zaczyna zachęcać ludzi do zasiedlania Bieszczad. No, ale jak tutaj zasiedlać? Jeśli znajdują się ochotnicy, to często po miesiącu uciekają z tej „piekielnej” i dzikiej krainy. Doskonale opisuje w swoich książkach czas PRL-u w Bieszczadach – dziennikarz Krzysztof Potaczała. Lektura godna uwagi.

Tak by otworzyć Bieszczady dla nowych osadników, tych dobrowolnych, bo wcześniej byli przewiezieni tutaj ci przymusowi, władze ludowe podejmują decyzję o budowie wielkiej pętli bieszczadzkiej. Ale jak tutaj dokonać cudu, jak nie ma się czarodziejskiej różdżki, nawet błyskotliwa propaganda nie zachęca śmiałków do katorżniczej wręcz pracy. Perspektywa wyrywania ziemi, skał, lasów, kawałek po kawałku, bez specjalistycznych maszyn (w tamtych latach o jakich maszynach by tutaj mówić? ) nikogo nie zachęcała. Więc władza zaangażowała w prace wojsko. To właśnie armia dysponowała własnym sprzętem budowlanym: ciężarówkami, spychaczami, koparkami. No i żołnierze byli najtańsi, nie buntowali się. Padał rozkaz i trzeba było go wykonać.

Początek bieszczadzkiej obwodnicy

Droga swój początek miała w Lesku. Biegnie między innymi przez Baligród, Wetlinę, Ustrzyki Górne oraz Dolne. Duża pętla bieszczadzka liczy 144 kilometry. Budowa została zakończona w 1962 roku. Ale w tym czasie w Bieszczadach powstawała już kolejna trasa o kluczowym znaczeniu dla regionu. 99-kilometrowa mała pętla bieszczadzka również rozpoczynała się w Lesku, a prowadziła przez Hoczew, Polańczyk, czy Czarną Górną. Projektanci zakładali, że na niektórych odcinkach będzie stanowiła fragment swojej „większej siostry”. Ostatecznie mała pętla została oddana do użytku w 1969 roku.

Żołnierze niewarci pamięci

Żołnierze – budowniczowie dróg w Bieszczadach, niestety mieli ogromnego pecha. A właściwie tych pechów mieli więcej. Odbycie służby wojskowej, było równoznaczne z wykonywaniem rozkazów, więc gdy wydano rozkaz wyjazdu w Bieszczady, do budowy dróg, można nazwać to pechem nr 1. Praca, jaką mieli wykonać, wyzwanie, jakiemu musieli podołać – pech nr 2. Pech jednak największy to, że służyli w Jednostce Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego – krwawej jednostce, która w historii miała krew na rękach wielu ludzi. A ten największy pech – to łata, jaką przypięto tym zwykłym żołnierzom, których nadludzki wysiłek, jakiemu musieli sprostać, bo mieli taki rozkaz – wymazany został przez przyszłe pokolenia z kart historii.

Tablice……

Budując drogi, którymi do dziś możemy się poruszać, żołnierze pozostawili w kilku miejscach tablice upamiętniające swoją pracę. Taki podpis, by zapamiętały pokolenia to, co wówczas młodzi ludzie nadludzkim wręcz wysiłkiem zbudowali. Ale…. No właśnie. Historię zniszczenia tablic, zawdzięczamy Ustawie o dekomunizacji. Nawet, jeśli przez pomyłkę rozebrano jakiś pomnik, myląc napisy na nim, kogo to właściwie obecnie obchodzi.

A tymczasem….

A tymczasem, nadal jeszcze żyją ludzie, którzy te drogi budowali. Udało mi się z kilkoma osobami porozmawiać, a także uzyskać wspomnienia osób, które pamiętały fakty z budowy dróg w Bieszczadach. Czy warto było te drogi budować, wspominać ten czas, skoro się jest byłym żołnierzem służącym kiedyś w KBW?

Zachowuję naturalne wypowiedzi, by oddać prostotę wypowiedzi, oraz emocje, jakie rozmowom towarzyszyły.

 

Antoni Sowa w chwili nagrania rozmowy miał 82 lata (rozmowa z dnia 17 marca 2019 roku), mieszka we wsi Futoma. – Podziękowanie dla Bogusławy Knapik za rozmowę z wujkiem.

Budowałem odcinek od Ustrzyk Górnych do Wetliny, pracowałem wtedy w ZBLu. Tam w ogóle mostów nie było, żołnierze, musieli najpierw te mosty rychtować. Myśmy, jako młode chłopaki szykowali baraki dla żołnierzy, żeby mieli gdzie nocować. Był wtedy problem, bo odcinki były całkowicie nieprzejezdne dla cięższego sprzętu. Wszystko trzeba było robić, umacniać. Jak wojsko przeszło, drogę przygotowało, to myśmy wtedy szli. Sypaliśmy kamień, utwardzaliśmy go, by było tak elegancko. To nie jest tak jak teraz, że maszyny są. Wtedy to my, wszystko sami. Ludzkie ręce. Praca ponad siły czasem. Pracowałem też na Otaczarni. Pomiędzy Cisną a Dołżycą, był tam kamieniołom i robiono tam smołę. Tam też pracowałem. Wszystko bardzo ciężka praca była. Pomału szło, po 100 metrów dziennie. Mniej lub więcej, ale nie za szybko. Spaliśmy na Dołżycy w barakowozach. Pracowałem tam półtora miesiąca, jeszcze przed pójściem do wojska. Jako cywil, to było w 1959 roku.  Ale współpracowaliśmy z wojskiem. Ciężko pracowali tam żołnierze. Niewiele maszyn. Tylko ludzie i łopaty. Trafił się spychacz czasem, jakaś maszyna, ale nie wszędzie dojechały maszyny ciężkie. Po wojsku wróciłem tam pracować ponownie. Ale tak bliżej już Soliny, kiedy zaporę budowano. Pamiętam tam wsie, nawet kościół, jaki miał być zalany (red. Wołkowyja). Praca inna niż przy budowie dróg, więcej maszyn już. Bo miały jak dojechać, drogi już były na tych odcinkach oddane, pobudowane. Trochę się już zapomniało, ale pamięta się jedno – ciężką pracę. Ponad siły. Ponad siły.

Bogusława Knapik, której to wujek – Antoni Sowa pracował przy budowie obwodnicy bieszczadzkiej, ale także jej rodzice pracowali przy budowie zapory w Myczkowcach, tak mówi o swoich bliskich:

Wujek (Antoni Sowa) nie był później w Bieszczadach. Życie inaczej mu się potoczyło niż myślał, ale jest bardzo zadowolony ze swojej pracy, z tego, że był doceniany za swoją pracę, w którą wkładał swoje serce i zaangażowanie. Chyba tylko ja jestem taka sentymentalna z całej rodziny i jestem dumna, że Ci, których kocham tyle dobrych rzeczy zrobili no i w pewnym sensie zostawili po sobie coś, co jest i będzie już chyba na zawsze. Zapora w Myczkowcach, drzewa w Wetlinie, które sadziła moja mama i drogi i mosty, które do teraz służą innym

 

 

Jerzy Biernacki – lat 79. Mieszka w Jasionowie (rozmowa z dnia 08.03.2020)

Budowniczowie dróg w Bieszczadach
Jerzy Biernacki budował drogę od Hoczwi do Wołkowyi

Dostałem powołanie do wojska. W Brzozowie musiałem się stawić na komisję lekarską, to był 1960 rok. Natomiast 3 października 1961 stawiłem się już w Jednostce Wojskowej w Krakowie do KBW. Tam było zgrupowanie wszystkich formacji. Po miesięcznym przeszkoleniu, mieliśmy przysięgę, a po przysiędze rozsyłali nas po innych jednostkach. Ja zostałem skierowany do Łodzi na szkołę samochodową oficerską. Niestety po miesiącu musieli mnie przenieść, ze względu na stan zdrowia. Zostałem wówczas przeniesiony do Rzeszowa na ul. Lwowską do KBW. Tam były dwie kompanie saperów, kompania chemiczna, pluton gospodarczy, pluton ppoż. W tym czasie jednostka podpisała umowę z Krakowskim Przedsiębiorstwem Budowlanym na budowę drogi w Bieszczadach z Hoczwi, przez Średnią Wieś do Wołkowyi. W ten sposób dwie kompanie saperów zostały przeniesione w Bieszczady.

31 kwietnia 1962 roku znaleźliśmy się w Bieszczadach, a właściwie przed wjazdem w Bieszczady. Dotarliśmy do stacji w Łukawicy. Stamtąd pieszo przyszliśmy do Średniej Wsi. Nocleg mieliśmy mieć tam gdzie dawniej był dwór, a wówczas PGR. Tam mieliśmy namioty, 10-osobowe. Były nas dwie kompanie i pluton gospodarczy (kucharze, operatorzy maszyn). Wszystkie maszyny i my, z Łukawicy dotarliśmy do Średniej Wsi.

Droga do Baligrodu była taka znośna, ale jak żeśmy skręcili z Hoczwi na Średnią Wieś, to było strasznie. Droga błotnista, polna, zrobiona wozami. Miedzy drzewami i krzakami.

Nawet nie wierzyliśmy, że tutaj drogę mamy robić. A zaczęliśmy ją robić od mostu od Hoczwi do Średniej Wsi. Potem dalej do Berezki, aż po Wołkowyję. Polańczyka wtenczas nie było. Tam była duża wieś Wołkowyja, po lewej w dole, gdzie potem zalano wieś i po prawej na skarpie.  Skarpy były bardzo wysokie, tam mieliśmy drogę robić. O Polańczyku nawet mowy wtedy nie było. Dalej już był Zawóz, tam była droga. W środku wsi, w tej Wołkowyi był kościół, dalej był San. Pamiętam jak wszystko to wyglądało. My z Sanu braliśmy kamień do wysypywania drogi. 

Ale tak od początku zaczynając, to za Średnią Wsią, już zaczynały się góry, skarpy i wąwozy.  Droga miała iść po skarpie. Saperzy wiercili otwory, zakładali ładunki i kawałek po kawałku wyrywali skarpę. My potem szliśmy, równaliśmy, oczyszczaliśmy. Metr po metrze. Zanim można było puścić sprzęt, trzeba było najpierw miejsce oczyścić. Kilofem, łopatą. Aż czasem krew z rąk szła.  Praca ponad siły. Dzień w dzień. Tylko niedziela była na odpoczynek. W pierwszym roku doszliśmy do Bachlawy. W drugim roku nocowaliśmy w okolicach Wołkowyi. I drogę pobudowaliśmy do Wołkowyi. Potem dalej już inna kompania szła za Wołkowyję, przez Bukowiec i dalej, a inna kompania od Czarnej szła z budową w nasza stronę.  Na miejscu nadzorował budowę pułkownik, który tutaj był na Rajskiem – Berling. Znał tutaj każdy kąt, mógł dobre komendy wydawać, nie tak jak ktoś gdzieś z Polski, co nie zna warunków.

I tam, bliżej Wołkowyi, gdzie mieliśmy mieć niedaleko koniec naszej pracy, tam między dwoma skarpami zrobiliśmy kamień. Taki odlew, że tę drogę budowali żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego 1963 rok.

– Był, bo go rozebrali – nieśmiało przerywam wypowiedź

…..pan Jerzy na chwilę zamilkł, a w oczach pojawiły się łzy –

 No przykro. To był nasz pomysł. To był na pamiątkę, że my tam byli, że budowaliśmy tę drogę, że coś zostawiamy. To mój kolega Mietek taki pomysł podsunął, żeby zostawić po sobie taki ślad. Taką pamiątkę. Mówi pani, że już go nie ma…. No przykro to.  Miałem wtedy 21 lat i pamiętam jak dziś ile wysiłku mnie, kolegów kosztowała ta praca. Człowiek jak wrócił do namiotu, to myślał tylko by odpocząć. To wszystko było „ku chwale Ojczyzny”, nikt się nie buntował, nikt nie marudził. Był rozkaz i się go wykonywało. Czasem dostawaliśmy jakieś nagrody, które szły na książeczkę, a na zakończenie służby wojskowej mogliśmy sobie pobrać z tej książeczki. Ale kto tam myślał wówczas, by się o coś dopominać. Żołd na papierosy był, a więcej nam nic nie było potrzeba.

Pamiętam, jak nas mieszkańcy z kwiatami witali, że idziemy im drogi budować. Cieszyli się ludzie, że będzie można jechać w różne miejsca, bo czasem byli odcięci od świata w czasie zimy, czy pory deszczowej. Tak jak na przykład Rajskie.

Kiedyś nastał deszcz. Lało dwa tygodnie, my w namiotach siedzieliśmy, nie wolno było nam nigdzie się ruszyć, bo jak otarłeś się o namiot, to potem się lało do środka. I wtedy jakoś ze Średniej Wsi furmanka z młodymi, którzy jechali do ślubu ugrzęzła w błocie. Nie mieli jak do kościoła dojechać. Wzięliśmy „stalińca” i Stara – młodzi przesiedli się do Stara, „staliniec” go wyciągnął. Młodzi pojechali do ślubu w Hoczwi, a potem Starem ich do domu zawieźli. Takie przypadki.

Czy miałem wyjście, że służyłem w KBW? Ja, jak i wielu innych dostaliśmy powołanie.  Jaki mogliśmy mieć wpływ gdzie? Do jakiej jednostki? Skąd. Rzucali nas po Polsce, mnie trafił się wyjazd w Bieszczady. Służba, którą trzeba było odsłużyć, odpracować i tyle. Jaki mogłem mieć wpływ na to, gdzie jestem? Czy inni, jakiś wpływ mieli? Żaden. A pracę, wykonywaliśmy bardzo ciężką. Nie chciał nikt tutaj pracować. Byli robotnicy też ZBLu, ale oni dopiero szli, jak my się przedarliśmy przez te ziemie. My musieliśmy, był rozkaz, nikt nie dyskutował, nie buntował się.

Szkoda, że mało, kto już z tego nowego pokolenia pamięta, że tych dróg tam nie było. Że nie chcą pamiętać, kto budował. Przykro. Chciałem jeszcze, by mnie córka obwiozła kiedyś tymi drogami, bym zobaczył. Pewnie bym nie poznał już miejsc, ale jak pani mówi, że tablicy już nie ma, to nie chcę. To był taki nasz podpis pod naszą pracą. Nie chcę już tego widzieć.

 

 

Włodzimierz Buława z Żywca. Emerytowany nauczyciel

W Bieszczady przyjechaliśmy z jednostką wojskową w okolicy maja 1965 roku. Na pół roku. Staliśmy w miejscowości Czarna Kopalnia. Od razu nas skierowano do budowy drogi. Pracowaliśmy w Polanie. Gdzie było równo, kładliśmy tłuczeń, wapnowaliśmy, potem drobniejszy tłuczeń, ubijaliśmy i kładziony był asfalt. A gdzie nie było drogi, to musieliśmy wycinać drzewa, wysadzać skały. Równiarki i pogłębiarki przygotowały drogę, a my dalej ręcznie wszystko po kolei. Pracowaliśmy codziennie pół roku. Spaliśmy w namiotach, nawet pamiętam jakiś czas jak nam śnieg spadł. Marzliśmy strasznie. Wstawili nam nawet piecyki tzw. „kozy”, bo nie szło wytrzymać z zimna. Poznaliśmy wielu ludzi miejscowych. Między innymi państwo Lupa, którzy aktywnie działali w Polanie. Ja czasem za zgodą przełożonych  pomagałem im też w gospodarstwie.

Na koniec naszych prac, odcinków, jakie budowaliśmy, zostawiliśmy po sobie takie na skarpach tablice. Pamiątkowe. Taki nasz podpis. Ja stawiałem wraz z kolegą taką tablicę na Polanie. Nawet odcisnęliśmy sobie takie swoje inicjały PH (Pająk Henryk) i BW (Buława Włodzimierz). Tak jakoś chcieliśmy upamiętnić nasz trud, wysiłek, taki podpis nasz pod zakończona pracą. Od tego czasu, kiedy budowaliśmy te drogi, co roku jeżdżę w Bieszczady. Zawsze odwiedzałem miejsce, gdzie była ta tablica. Aż ją zdjęli…

Teraz wiem, że ktoś postawił taką symboliczną w tym miejscu na terenie prywatnym. Tak chyba z szacunku dla tych, co w ogromnym trudzie i wysiłku budowali te drogi.

Te tablice, to był taki podpis złożony przez nas żołnierzy, którzy te drogi wydzierali skałom, by służyły ludziom. A miejscowi bardzo się cieszyli, bo mogli dojechać w każdym kierunku. Do Czarnej przecież z Polany drogi nie było, a tylko lasy, góra, dół i znowu góra. Ciężkie warunki.  

Jak dowiedziałem się od ludzi z Polany, że tablicę zdejmują, to mnie aż za gardło ścisnęło. Wiem, że chcieli ludzie zostawić na pamiątkę Polanie tę tablice. Bo są rodziny, co pamiętają nas żołnierzy, wspominają. Nie pozwolili.

 

 

Podczas zbierania informacji dotarłam do Pani, która pochodzi z Polany, a jej rodzice, podobnie jak mieszkańcy Czarnej, czy Polany z entuzjazmem odbierali budowę dróg przez żołnierzy.

Pani Krystyna Lupa-Zatwarnicka listownie zwróciła się do nas, ze sprzeciwem i żalem, po zburzeniu tablic upamiętniających żołnierski trud. Tablica w Czarnej została zburzona 23 kwietnia 2018 roku.

 Szanowna Redakcjo,

          każdego roku  tysiące turystów odwiedza Bieszczady. Jadąc po malowniczo wijących się serpentynach można bez wysiadania z samochodu podziwiać piękno tej krainy. Drogi te, to tzw. mała i duża pętla bieszczadzka. Zostały zbudowane w latach 50. i 60. ubiegłego stulecia, z wykorzystaniem w znacznej mierze do pracy żołnierzy służących w Dolnośląskiej Jednostce Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego 4. Ci młodzi ludzie, obecnie panowie po siedemdziesiątce, z zasadniczej służby wojskowej byli rekrutowani z całej Polski i nie mieli zielonego pojęcia, jaką rolę polityczną miała ich formacja wojskowa. Mieszkali w namiotach. W trudnych, górskich warunkach pracowali ciężko. W tamtych czasach nie było sprzętu do budowy dróg jak obecnie, zatem wiele tych prac wykonywali ręcznie z użyciem łopaty i kilofa. Nikt z nich nie narzekał. Przy okazji, pomagali miejscowej ludności jak tylko mogli, często ratowali życie, podam przykład mojej, kilkuletniej siostry, którą chorą, w ciężkim stanie zawieziono do lekarza wojskowego. O jakości tych dróg niech świadczy fakt, że są one bez generalnego remontu w dobrym stanie do dzisiaj, pomimo ciągłej dewastacji poprzez  ponad 65-tonowe ciężarówki, wywożące drzewo z rabunkowej wycinki bieszczadzkich lasów. W projektach tych dróg nie przewidziano takich obciążeń.

         Po każdym, wybudowanym odcinku drogi żołnierze umieszczali w pasie drogowym pamiątkową tablicę z napisem: „Drogę budowała Dolnośląska Jednostka KBW4 rok” Właśnie taką tablicę, wykonaną w 1965 roku usunięto 23 kwietnia b.r. w Polanie, jak się dowiedziałam nakazem z IPN-u. Ponieważ odległość od tego miejsca, gdzie była tablica to ok. 50 m od mojego domu, mogłam zrobić zdjęcia. Nie będę opisywać emocji, jakie towarzyszyły mnie i mojemu mężowi podczas tego zdarzenia. W ciężarówce, na którą pracownicy z  Podkarpackiego Zarządu Dróg Wojewódzkich załadowali wydartą koparką z ziemi tablicę – znajdowały się już tablice z innych miejsc. Kto ponosi ogromne koszty demontażu tych tablic?

     Teraz, będąc na emeryturze mieszkam w Polanie, ale pierwszy raz jak przyjechałam tutaj w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku – 10-cio kilometrową, górską, leśną drogę z Czarnej, tam dojeżdżał autobus PKS,   trzeba było pokonać pieszo a jedynym środkiem transportu była furmanka konna. Taką furmanką, grzęznącą w błocie po osie mój teść – Franciszek Zatwarnicki dowoził chleb i środki spożywcze do sklepu w Polanie, a był to jedyny w promieniu kilkunastu kilometrów sklep spożywczy. Cóż by powiedział teraz mój ojciec, Ksawery Lupa (Kawaler Orderu Virtuti Militari za walkę z okupantem na Zamojszczyźnie), który za darmo oddał ogromny kawał swojej ziemi pod budowę ok. 300 – metrowego odcinka tej drogi?

   Większość rdzennych mieszkańców Polany po przesiedleńczej tułaczce wróciła tutaj w latach pięćdziesiątych z innych terenów Polski lub ze Związku Radzieckiego. Inni przybyli tutaj tak, jak mój ojciec w ramach zasiedlania Bieszczad w późniejszych latach. Losy tych ludzi, często tragiczne, opisał w swoich książkach Krzysztof Potaczała: „Bieszczady w czasach PRL-u” i ” To nie jest miejsce do życia”. Właśnie wtedy, gdy powstawała droga, wakacje spędzałam w Polanie i pamiętam entuzjazm mieszkańców na dobrodziejstwo nowej, asfaltowej drogi i otwarcie na świat. A jaką frajdą były seanse filmowe w świetlicy, gdy przyjechało kino objazdowe!

   Nieodnawiane, betonowe, porośnięte mchem tablice nie propagowały przecież komunizmu, zawierały tylko lakoniczną informację:, kto i kiedy budował drogę, dlaczego je usunięto?. Każdemu, kto przechodził i czytał zostawała refleksja, że droga ta, to ponad półwieczna historia, której  zmienić nie można!

                                                                                 Z pozdrowieniami dla Redakcji

                                                                                                                                         Krystyna  Lupa-Zatwarnicka

 

 

Trochę z historii

Bieszczady stały się swoistym etosem wojsk, KBW, więc zaangażowano je w reaktywację gospodarczą bezludnych terenów. 23 kwietnia 1960 roku, został wydany rozkaz o powołaniu batalionu inżynieryjnego KBW w Rzeszowie pod nazwą „Zgrupowanie Bieszczady”. W jego składzie znalazło się 8 kompanii inżynieryjno-technicznych KBW rozmieszczonych w: Wetlinie, Dołżycy, Smolniku.

„Zgrupowanie Bieszczady” powoływano corocznie w latach od 1960 roku do 1965 roku, pomiędzy 5 maja a 30 września. W tym czasie żołnierze KBW wybudowali około 90 km dróg, 40 km dróg leśnych, 25,5 km kolejki wąskotorowej dla wywozu drewna z lasów. Wśród wybudowanych dróg przez KBW jest także tzw. „obwodnica bieszczadzka”.

Żołnierze KBW, Bieszczady opuścili w latach siedemdziesiątych. Bazy, które pozostały po nich zasiedlone zostały przez więźniów, drwali, a także tych, którzy upatrywali w Bieszczadach swoją nową szansę na inne życie.

Pamiątką pozostałą po tych młodych mundurowych ludziach, którym niestety przyszło odbywać służbę w KBW, były właśnie te tablice, którymi mogli się pochwalić swoim dzieciom, wnukom. Które przywoływały ich wspomnienia z czasów młodości tutaj przepracowanej.  Drogi, którymi obecnie wszyscy jeździmy, nie wzbudzały wzruszeń i wspomnień, ale właśnie te tablice. Tablice zapomnianych budowniczych dróg.

 

Do materiału wykorzystano informacje z :

  • Bieszczady w PRL-u 3 – Krzysztof Potaczała
  • Bieszczady w Polsce Ludowej 1944-1989 –IPN

 

Serdeczne podziękowania kierujemy do naszych rozmówców.

Podziękowania:

 Pani Krystyna Lupa-Zatwarnicka, Panu Krzysztof Potaczała oraz Panu Andrzej Lenart za udostępnienie zdjęć do materiału.

Lidia Tul-Chmielewska

Reklama

2 KOMENTARZE

  1. Od wielu lat nasza działka jest używana przez pojazdy mechaniczne(kilka tysięcy rocznie) i pieszych jako droga, ponieważ należąca do Miasta droga jest całkowicie nieprzejezdna – zarośnięta krzewami i drzewami. Miasto ma w „głębokim poważaniu” zarówno interes właścicieli działki – mieszkańców Sanoka, jak i korzystających z drogi mieszkańców miasta i powiatu. Miasto odmawia zapewnienia przejezdności istniejącej na mapach drogi, jak i wypłacenia właścicielom działki odszkodowania za uniemożliwienie im korzystania z działki zgodnie z przeznaczeniem. Za to corocznie wysyła decyzje o naliczonym podatku od nieruchomości.

  2. 17 grudnia 2020r. do Rady Powiatu została skierowana następująca petycja opatrzona wyczerpującym uzasadnieniem:
    PETYCJA
    w związku z nieprawidłowościami w pracy Referatu Gospodarki Nieruchomościami Starostwa Sanockiego, naruszającymi interesy publiczne i prywatne interesy mieszkańców Sanoka

    Działając w imieniu własnym, na zasadzie art. 2 ust. 1 Ustawy o petycjach i art. 16 Ustawy o samorządzie powiatowym postuluję o przeprowadzenie rzetelnej kontroli prawidłowości pracy Referatu Gospodarki Nieruchomościami pod kątem przestrzegania przepisów Kodeksu Postępowania Administracyjnego i Ustawy o gospodarce nieruchomościami, a w szczególności:
    • Art. 7, 7a, 8, 9 i 10 KPA
    • Art. 126 Ustawy o gospodarce nieruchomościami

    Do dnia dzisiejszego petycja nie została umieszczona na stronie Starostwa, ani rozpatrzona.
    Zgodnie z Art.8.1 Ustawy o petycjach na stronie internetowej podmiotu rozpatrującego petycję lub urzędu go obsługującego niezwłocznie zamieszcza się informację zawierającą skan petycji. A zgodnie z Art.10.1 petycja powinna być rozpatrzona bez zbędnej zwłoki, jednak nie później niż w terminie 3 miesięcy od dnia jej złożenia. Czy od rozpatrzenia petycji powstrzymują Wysoką Radę personalne układy? Do czasu rozpatrzenia petycji przez Radę będziemy przypominać o niej w sanockich mediach.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj