Po prostu – Czesiek z Ropienki

Po prostu – Czesiek z Ropienki

 

Bieszczady – Ziemia Obiecana, czy Wielka Ucieczka?

Hasła typu „rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady” – stały się swoistym chwytem marketingowym obecnych czasów.

Po prostu – Czesiek z RopienkiZ historycznego punktu widzenia, od lat 50 –tych namawiano ludzi do osadnictwa, w tej wysiedlonej, srogiej krainie. Z doświadczenia wiemy, że jak do czegoś bardzo nas „odgórnie” ktoś namawia, nie jest to takie „wspaniałe” do końca. Gdzieś tkwi haczyk, który weryfikuje życie.

Jaki „haczyk”, tkwił w zachęcaniu ludzi do zamieszkania w Bieszczadach w latach 50 tych? No cóż, wystarczy sięgnąć po wiele publikacji, wspomnień osadników, reportaży, filmów. W Bieszczadach poza srogim klimatem, widokami – nie było w tamtym okresie nic. Ani dróg, ani mostów, ani prądu, sklepów, domów…. Dużo by tego „nic” trzeba wymieniać. Nie oznacza to jednak, że Ci, co zdecydowali się tutaj przyjechać, wszyscy od razu pouciekali, niektórzy uciekli ciut później, inni po wielu latach, ale są tacy, co pozostali w bieszczadzkiej krainie na zawsze.

Syndrom wyjazdu w Bieszczady, tak silnie się zakorzenił w ludziach, że do czasów współczesnych, ludzie poszukują tutaj tego „innego”, bardziej dzikiego świata. Z dziczą obecne Bieszczady, nie maja za wiele już wspólnego, a osiedlający się tutaj ludzie, bądź przyjeżdżający turyści – pomimo deklaracji „ucieczki w święty spokój” – stawiają coraz wyższe wymagania wciskającej się wszędzie „postępowej cywilizacji”. Uciekasz przed zasięgiem czy dostępem do Internetu – tymczasem pierwszym zapytaniem, no może drugim – czy macie tam zasięg?

Ale….

Przyjeżdżali w Bieszczady także ludzie, którzy naprawdę uciekli od życia. Niekoniecznie tacy z wyrokami, czy alimenciarze.  Tacy, którzy uciekli od piekła, które zgotowało im życie, uciekli od zdawałoby się najbliższych ludzi….. Ludzie bez oczekiwań, bez wymagań, szukający w tej krainie, miejsca na ziemi, zapomnienia tego, co ich spotkało….

Historia Cześka z Ropienki, to jedna z, wielu, ale jak każda jest inna. Bo człowiek jest każdy inny, każdy ciągnie za sobą historię, los, o którym pewnie by chciał zapomnieć, ale który niestety kładzie cień na całe życie….

Jeśli możecie sobie wyobrazić najbardziej opłakany, nędzny dom. A właściwie nie dom, a szopę zbitą z desek, z walącym się dachem, z maleńkimi oknami, osłoniętymi na zimę folią….. to właśnie tak mieszka Czesiek.

Jeśli możecie sobie wyobrazić człowieka, który został dosłownie „skopany” przez los, wykorzystywany wielokrotnie przez ludzi, którzy go oszukali, odebrali praktycznie wszystko…. Ale pomimo tego zła, które go dotknęło –, nadal ma dobre serce, nadal ma tę dziecięcą ufność w oczach, pokorę i nadzieję…. to właśnie jest Czesiek.

Do Cześka trafiam, za sprawą moich znajomych, którzy mieszkają w Ropience, którzy zainteresowali się człowiekiem, który przed swoją chatą wystawia rzeźby. Bo Czesiek rzeźbi. Jego prace, zagościły już w wielu domach. To dawało Cześkowi chleb. Gdy zapytałam, dlaczego nie podpisuje swoich prac – odpowiedział – „ ja nie jestem artystą, ja musze przeżyć, mieć, czym napalić w piecu. Umiem rzeźbić, to sprzedaję, jakbym umiał śpiewać, to bym śpiewał. Musze przeżyć, a nie zależy mi na sławie”

Siedząc z Cześkiem w kuchni, która jest tutaj wszystkim, zerkałam na maleńkie pomieszczenie obok – gdzie wciśnięte było lóżko i piecyk – stara ”koza„ z przepalonymi drzwiczkami, zza których widać było ciepły ogień. I właściwie trudno było nie patrzeć na ten ogień, bo to jedyne, co było ciepłe i radosne w domu Cześka. On sam, człowiek dość pokaźnych rozmiarów, siedząc naprzeciw nas mówił, a wraz z każdym słowem jego historii, coraz większy mróz wchodził w nasze serca. Ile może znieść człowiek w życiu? Ile bólu? Rozczarowań? Czy da się to wymierzyć jakąś miarą cierpienia? Naiwności? Dobrego serca?

Nie przytoczę tutaj całej rozmowy, jest zbyt długa, bolesna i chaotyczna. Bo myśli i pytania – wraz z emocjami, nie dały ułożyć się w spójną całość. Postaram się przekazać, te najistotniejsze i najbardziej spójne fragmenty, ale takie, które nie zatracają sensu całej rozmowy.

Panie Cześku, skąd się pan znalazł tutaj w Bieszczadach?

Nazywam się Czesław Skoczylas. Jestem synem Józefa i Anieli. Przyjechałem tutaj ze Skoczowa za pracą. Miałem wtedy chyba 21 lat, byłem świeżo po wojsku. Był to rok, albo 1969 albo 1970. Dokładnie nie pamiętam. Koledzy mówili, że w Bieszczadach można dobrze zarobić. Miałem kolegów, z którymi tak troszkę rozrabialiśmy, jak to kawalerka, trochę nas milicja ścigała. To jak by troszkę uciekliśmy w te Bieszczady, licząc, że się ukryjemy. Guzik prawda. Za dwa dni już nas tutaj znaleźli. Ludzi tu mało było, więc wieści szybko się rozchodzą o nowych przyjezdnych. Ale miała być amnestia, więc nic nam tak naprawdę już nie zrobili. Kazali być grzecznymi tutaj i tyle. No my byliśmy grzeczni, ale też głodni. Bo pieniędzy nie było. Najęliśmy się do drwali. Czasem za jedzenie, bo nic nie umieliśmy. Pomału uczyliśmy się wszystkiego. Zatrudniono nas oficjalnie, jako pomocników.  Pojechałem na badania do lekarza medycyny pracy do Przemyśla i tam zobaczyłem na wystawie sklepu dłutka. Takie do rzeźbienia. Bardzo mnie zaciekawiły.

Kupił pan te dłutka?

Po prostu – Czesiek z RopienkiNo wtedy nie, bo nie miałem aż tyle pieniędzy, ale już po wypłacie przyjechałem specjalnie do Przemyśla i je kupiłem. Pracowałem już w Ustrzykach Górnych, mieszkałem w Stuposianach w barakach pracowniczych. Byłem już, że tak powiem nie przybłędą, ale mieszkańcem. Mieszkałem też w Mucznem, w tym hotelu po Doskoczyńskim. Tam było na bogato. No i jak ja te dłutka sobie kupił, to, co wieczorami po robocie robić. No ile można pić. Ja widziałem jak przepijali koledzy wszystko, jak im życie i zdrowie uciekało. Ja postanowiłem rzeźbić. Więc zacząłem od małych rzeczy. Od cukierniczek drewnianych, łyżeczek, laski drewniane zwane radosówkami ( podpatrzyłem troszkę od Radosa). Jeździłem z tym na Solinę. I ludzie kupowali. A jakże. Mam nawet pierwszą rzeźbę szkatułkę. Jej nie sprzedałem. Taka z dłonią. Zostawiłem sobie ją na pamiątkę. Robiłem ją chyba ponad miesiąc. To taki symbol. Ucięta dłoń. Jak sięgałeś kiedyś po cudze to rękę ucinali. I to jest taka symboliczna skrzyneczka.

 

Jest pan całkowicie samoukiem? Nie miał pan żadnych nauczycieli?

No sam całkowicie. Nikt mnie nie uczył. Czasem coś podpatrzyłem, ale jak się robi to i tak wychodzi po swojemu. Dłutko samo idzie, nawet, gdy projekt początkiem jest inny. Rzeźbiłem raz więcej, raz mniej. W międzyczasie zmieniałem pracę. Pracowałem we wszystkich Nadleśnictwach, jakie tutaj były. Bo mówiono, że tam, czy tam lepiej płacą. Ale w efekcie to płacili prawie wszędzie jednakowo. Ale pracowałem w różnych miejscach. Poznawałem ludzi.  Dość długo siedziałem na Polankach, koło Terki. Tam się skupiłem na rzeźbieniu. Dostęp do różnego drewna był. Miałem swój pokoik. Było przytulnie i ciepło.  To siedziałem i rzeźbiłem. W końcu Nadleśniczy mówi do mnie: „my tutaj rzeźbiarza to nie potrzebujemy, tylko masz normy wykonywać”. I tak się złożyło, że wkrótce poznałem Jędrka Połoninę. Jakoś żeśmy sobie do gustu przypadli, że rzuciłem tę pracę w leśnictwie. Zamieszkałem wówczas u Jędrka w Bóbrce. Kumplowaliśmy się bardzo, ja sobie rzeźbiłem, on też tam swoje robił. On tak więcej turystycznie. Ale jak gdzieś jechał, to z tydzień go nie było.

Długo mieszkał Pan u Jędrka?

A skąd. Tak może od wiosny do jesieni, jak robota była na Solinie. W międzyczasie poznałem kobietę, taką z fantazją. Ona namówiła mnie bym od kogoś w Ropience kupił barak. Taki sklep. Bym sobie tam zamieszkał. No ja miałem troszkę grosza, to kupiłem ten barak. Ale na tyle byłem głupi, że kupiłem sam barak, ale stał on na cudzej ziemi. Trochę mnie właściciel za prąd ścigał, bo czerpałem. No i tak wyszło, że ktoś inny mi zaproponował chałupinę na zimę, bym ją sobie wyremontował i mieszkał. No to zostawiłem ten barak, myśląc, że jak mój to, nie zaginie. Co prawda nie miałem, żadnych papierów na to, że go kupiłem, bo dopiero niby miały być załatwione. Przeprowadziłem się do tej chałupy, Zrobiłem trochę remontu, ociepliłem. Mieszkałem tam chyba ze dwa lata. W międzyczasie, barak miałem niby sobie zabrać. Ale jak? Jakby człowiek go ruszył to by się rozleciał i tak został tam gdzie był, aż i tak sam się rozleciał. Po tych dwóch latach, kiedy już tak sobie nawet zacząłem wygodniej mieszkać, właściciel chałupy mówi mi, że mam się wyprowadzić, bo siostra jego zza granicy wraca i chce tutaj zamieszkać. No i zaś zostaję z niczym. Zamieszkałem w innej chałupie. Ktoś mi zaoferował, że mi ją wynajmie. A tam. O losie. Bez okien, z dziurami w dachu. Wiater hula. No to zakasałem rękawy i zacząłem na koszt własny remontować. Tak by do zimy się wyrobić. No wszystko bez papierów oczywiście. Ja cieszyłem się, że mi ktoś chce pomóc, to o papiery nie pytałem. Coś mi mówił ten właściciel, że mogę mieć te chałupę na wieczyste użytkowanie. Ale tylko tak na gębę. Odremontowałem sobie i jakoś mieszkałem. Wtedy poznałem taką kobietkę z Krakowa. Brała ode mnie te rzeźby do Krakowa, handlowała. Myśmy się tak nawet zaprzyjaźnili. A w międzyczasie, zmieniło się w Bieszczadach. Ludzie zaczęli kupować ziemię, domy. No to i ten, w którym mieszkałem poszedł na sprzedaż. Kupił ktoś dom i ziemie. A ja won.

Czyli zaś bez domu?

No miałem trzy miesiące by się wynieść. Ja w międzyczasie zacząłem szyć też w skórach. Kupiłem maszyny, skóry. Wymyśliłem sobie szycie kapeluszy, pasków, sakwy, torby. Takich nikt tutaj nie robił. Patrz pani, do dziś mam te maszyny. Niektóre sprawne, niektóre wymagają naprawy. Ale nadal je mam. Nawet miałam trochę z tego pieniędzy. Ta moja znajoma handlowała tymi moimi wyrobami ze skóry, ale nie zawsze mi za nie płaciła, lubiła się bawić, miała zawsze towarzystwo obok siebie. Z czasem zacząłem myśleć, że ja szyję, kupuję skóry, a nie mam za to pieniędzy. Zacząłem potem spisywać, liczyć. No, ale…. Długo by opowiadać. Ona kupiła sobie za to dom. Ja też nie powiem, troszkę sobie warsztat rozwinąłem. Ale skończył się z czasem dostęp do dobrych skór. Postawiłem tam taką budę na Solinie. Ładna była. Tam handlowała ta moja kobieta. Tam za wiele budek nie było. Ludziom mój towar się podobał, kupowali jak bułki. Do domu nawet mi przyjeżdżali. Nie powiem, że był czas, że nam się dobrze żyło. Ja, co prawda za wiele pieniędzy swoich nie widziałem, ale kto tam myśli o jakiś umowach, czy papierach, jak zakochany. Brali też inni ode mnie kapelusze na handel, ale potem z rozliczeniem się, za nie, to już niekoniecznie. Niby sprzedawałem mnóstwo, wszyscy się bogacili, a mnie zaledwie na materiał starczało. W międzyczasie zacząłem budować taki kiosk, bo chciałem mieć własny taki sklepik. No tam gdzie chciałem go postawić, czyli w Ustrzykach Górnych, to sie pozmieniało i nie dostałem pozwolenia. Więc klops. Czas leci, a ja nie mam się gdzie podziać. Mam warsztat, maszyny. Co zrobić?

Ale mieszka pan tutaj teraz.

No tak. Miał ktoś tutaj taki kawałek do sprzedania. Szyłem wówczas te kapelusze i tak w ratach zapłaciłem temu człowiekowi za te ziemię. Pamiętam na ówczesne pieniądze to było dwa i pół tysiąca złotych. Nie spisałem wtedy żadnej umowy. Dzierżawiłem też od gminy 3,5 ha. Uprawiałem tam gryczkę. Potem chciałem uprawiać zboże. Chciałem kredyt w banku. Nie dali, no, bo nie mam żadnego zabezpieczenia, ani nawet meldunku. Ziemia wyrobiona, to szkoda. Ale zaś wszedłem w spółkę z kimś, jelenie w szkodę weszły i zaś byłem stratny. No, ale była tutaj ziemia też do sprzedania, to moja krakowska dama, wraz z synem stanęli do przetargu. Ja wtedy jakoś dostałem też pożyczkę na zagospodarowanie, bo były takie możliwości, zapłaciłem od razu część, a reszta miała być na raty. Z tym, że cały zapis poszedł na moją panią i jej syna. Na małym kawałku zagospodarowałem ten kiosk, co go już nie mogłem w Ustrzykach Górnych postawić. Potem dobudowałem coś, potem jeszcze coś i tak tutaj jestem. Wojny z tą moją panią były straszliwe, bo chciała mnie stąd wyrzucić, ale teraz już mogę tutaj dożywotnio być. Nie mam nic, ale mogę łaskawie mieszkać, mimo, że tak naprawdę większość pieniędzy spłaciłem ja. Taki głupi byłem wtedy. Taki głupi.

Jestem zadowolony, że tutaj mieszkam, mimo wszystko. Nie chowam urazy do nikogo. Mam wiele rzeczy na własne życzenie. Trochę się z tą moją krakowianką rozeszliśmy, bo tam gdzie zaczyna się wykorzystywanie, to kończy się miłość. Ja zacząłem wracać do rzeźbienia, ale już takie większe rzeźby. Piłą, więcej. Jakoś do takich drobiazgów to mi cierpliwości zaczęło brakować.

A nie myślał Pan by wrócić do szycia ze skór?

No nie. To by trzeba było wszystko od początku. Maszyny zrobić, materiał pozyskać. Zrezygnowałem ze wszystkiego. Pokłóciłem się z kobietą, zniechęciłem się. Przyszło wtedy załamanie, na rynek weszła chińszczyzna. Kto wtedy chciał kupować skórzane kapelusze czy torby, jak za parę złotych były chińskie. Nie chciałem pracować w żadnym zakładzie. Chciałem być, że tak powiem samodzielny. To znalazłem to w Bieszczadach. I trzeba było się, że tak powiem przebranżowić.

Tyle ludzi pana oszukało, wykorzystało. Był pan taki naiwny, nie ma pan żalu do ludzi?

A za co? Byłem naiwny i jestem nadal. Jakbym nie był taki naiwny to było by mi pewnie inaczej. Myślałbym o sobie, żeby się jakoś zabezpieczyć.  Wszyscy się dorabiali, obiecywali, a nie każdemu się dobrze w życiu układa. Ja nie żałuję, żem życia nie przepierdzieli. Żyję tak jak umiem nikomu krzywdy nie zrobiłem, nikt przeze mnie nie ucierpiał. Mogę spać spokojnie. Umiem coś zrobić.  Jak nie umiesz nic robić to jesteś na straty. Ja coś umiem.

Czy żałuje pan czegoś, zrobiłby pan w życiu coś inaczej?

Trudno powiedzieć, bo trzeba by było coś od początku zmieniać. Bo jak się już coś wydarzyło, to szło potem za tym kolejne. Pewnie musiałbym zacząć od matki. Aniela. To takie imię jakby od anioła,ale ona z aniołem nic wspólnego nie miała. Ona miała kochanka. Ja jeszcze miałem siostrę w domu. Nie przelewało się. Kochanek za kołnierz nie wylewał. Nie lubił nas. A my znaleźliśmy z siostrą małego pieska. Jak to piesek, szczekał, trochę brudził. Matka powiedziała, aby się pozbyć tego psa, jak pójdziemy do szkoły. Po powrocie ze szkoły, kochanek matki, naszykował nam obiad. Bieda była. Ale o dziwo zupa, z mięsem była. Jak zjedliśmy, szukamy psa naszego, a on mówi do nas, że teraz to my będziemy szczekać. Widzi pani, ugotował nam naszego psa i go nieświadomie zjedliśmy (łzy w oczach). Wtedy pierwszy raz uciekłem z domu. Miałem 11 lat. I nikt mnie nie szukał. Musiałem wrócić, bo byłem głodny. Ten pies dla mnie i siostry był, tym, czego nie mieliśmy w domu. Cieszył się na nasz widok, mogliśmy z nim się bawić, przytulać go. Matce mogłem wybaczyć, brak dla nas miłości, opieki, pijaństwo w domu. Ale tego, że nie stanęła po naszej stronie, nie wygoniła z domu swojego gacha, za to, że ugotował nam na obiad naszego psa…. Tego nigdy nie wybaczyłem i nie zapomniałem.

Jak zachorowałem i znalazłem się szpitalu, nikt mnie nie odwiedzał tam, a jak matka po mnie przyjechała, to chowałem się pod lóżkami, by jej nie widzieć, by nie wracać do domu. W szpitalu było mi lepiej. Matka tak nas prała, że czasem to chodzić nie było jak z bólu. Ona chyba na nas te swoje „anielskie szczęście” przelewała. Jakbyśmy jej z siostrą przeszkadzali, a ja chyba najbardziej.

Czesiek chwilę zastyga ze zgaszonymi oczami, z wyrazem cierpienia na twarzy…. Chwila upływa zanim pada kolejne pytanie.

Myślał pan kiedyś by wyjechać z Bieszczad? Wrócić do Skoczowa?

O nie. Ja bardzo źle wspominam tamte czasy i tamto miejsce. Za młodych lat ja bardzo się tam wycierpiałem. Ja naprawdę nigdy nie miałem domu. Więc czego mam tam szukać i gdzie? Ale nie narzekam. Ludzie mają nie takie problemy. Ja jestem pogodzony z losem. Teraz, co mi zostało. Siedzieć w oknie i czekać. Czekać na listonosza i na śmierć. Lepszy jest listonosz, bo z emeryturą, ale na tę druga też jestem przygotowany. Ale ja się na razie nie wybieram nigdzie. Wdziała pani ile mam kloców drewna to rzeźbienia? No. To, kto będzie je rzeźbił? Nie mogą się przecież tak zmarnować prawda?

Mam taki wiek, że żenił się nie będę, dzieci mieć nie będę. Mam tylko kota. Rzeźbię sobie o ile zdrowie na to pozwoli. Jak zima to się nie da. Bo zimno. Ile zrobię to zrobię. Mnie tam nic nie trzeba. Na trumnę? Darmo mi dadzą. Nikogo jeszcze na wierzchu nie zostawili. Życie nie rozpieszczało, to, czemu ja mam się rozpieszczać.

Po prostu – Czesiek z RopienkiZapada cisza….

Długo nie możemy zebrać myśli, by zadać jakiekolwiek inne pytanie. Bo dopowiedziane zostało chyba wszystko, może nawet więcej niż chcielibyśmy usłyszeć…..

Siedzieliśmy tak z trzy godziny. Trzy godziny, o których nikt z nas nie zapomni do końca życia.

Wkrótce dowiaduję się, że Czesiek bardzo podupadł na zdrowiu. Nie widać wokół domu już rzeźb. Ciężko chory długo przebywał w szpitalu. Ale tym razem trafił na ludzi, którzy mu pomogli, którzy się nim zaopiekowali. To oni zabezpieczyli mu dom, po wyjściu ze szpitala załatwili opiekę i wyżywienie zgodnie z dietą, jaką musi prowadzić. Pomogli stanąć na nogi.

Na rzeźbienie sił Cześkowi póki, co brakło, ale wrócił do swoich maszyn. Dobrzy ludzie pomogli mu naprawić maszyny, załatwili skóry. Czesiek szyje. Jest pełen wigoru, nadziei. Spod jego ciężko spracowanych rąk wychodzą fikuśne czapeczki, kapelusze, torby. Czesiek ma nadzieję. Czesiek po raz kolejny zaufał losowi i ludziom. Tym razem właściwym ludziom. Czy Bieszczady okazały się rajem dla Cześka? Ziemia obiecaną?

– Marzenie miałem zawsze takie, żeby mieć swoją galerię.

Szyldu nie ma, ale rzeźby wystawione pod powałą zatrzymują wzrok. Rzeźbione z rozmachem. Raczej większe gabaryty.

– Małe  mi w galotach giną, jak trzymam na kolanach, śmieje się.

Donice i misy z motywami kwiatów i zwierząt. Z wyobraźnią wykorzystane sęki  na nos albo wytrzeszczone oczy. Garbate postacie z krzywymi nosami. Dyrygent z batutą, ale bez dłoni. Chłop bez ucha i do kompletu skrzywiona na gębie baba. Wymowne. Szczere i proste.

– Święci to mi nie idą, mówi i  pociąga za płótno, które odsłania  kawałek drewna z dziwnym grymasem.

O czym myśli?

– Chciałbym grób prosty, mówi. Płytę i nic więcej. Ale jak  umrę,  kto się tym zajmie?  Z drugiej, strony  na wierzchu jeszcze nikogo nie zostawili, dodaje żartobliwie.

– Ale jeszcze teraz to psa może bym wziął. Takiego starego psa, żeby mu dać jeszcze trochę miłości.

(fragment opowiadania Anny Topolskiej – Czesiek)

 

Jeśli kiedyś będziecie w okolicach Ropienki, zapytajcie tam o Cześka. Wszyscy go znają. Czy warto poznać człowieka, którego los i ludzie nie oszczędzili? On i tak uważa, że inni mają gorzej. Cześka, który odnalazł po raz kolejny sens pozostania jeszcze na ziemi.

Podchodzę do starej chaty, w której nadal mieszka. Niemal zawsze teraz pali się światło. Słychać  gadające radio. Przez maleńkie okno widzę, jak pochylony nad stołem wykrawa nożem rondo kapelusza. Wszędzie kolorowe ścinki i tekturowe  formy.

Otwiera drzwi uprzednio odplątując sznur na gwoździu.

– Pierońskie drzwi, nie domykają się. Zamykanie mam eleganckie, mówi.

Wchodzę do środka.

– I jak się pani widzą moje kapelusze, pyta.

– Są piękne! 

(fragment opowiadania Anny Topolskiej – Czesiek)

 

Chciałam podziękować Ani i Piotrowi z Ropienki i mojej przyjaciółce Ani K. – za tyle serca, jakie okazali Cześkowi z Ropienki.

Lidia Tul-Chmielewska

Reklama

2 KOMENTARZE

  1. Miałam przyjemność poznać Cześka. Jest cudownym, ciepłym, pozytywnym artystą. Torebka będzie mi służyła na wieki, wieków amen. ❤️❤️❤️❤️

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj