Wiesław Banach: czytanie obrazu. Gijsbert Sibilla - „Dama z wachlarzem”

Wiesław Banach: czytanie obrazu. Gijsbert Sibilla – „Dama z wachlarzem”

Czy sanoczanie zdają sobie sprawę, jakiej klasy arcydzieło posiadają w swoim muzeum?

W ubiegłym roku miałem możliwość spędzenia całego dnia w National Gallery w Londynie. Ilość arcydzieł jest tam wręcz przytłaczająca. W salach malarstwa holenderskiego przyszło mi do głowy, że mógłbym tu (gdybym miał ze sobą) wyjąć nasz sanocki obraz Gijsberta Sibilli i powiesić na ścianie wśród takich znakomitości jak Ferdinand Bol, Jan Livens, Gabriel Metsu czy Garrit Dou i nie czułbym żadnego dyskomfortu. Sam obraz wytrzymałby konkurencję, a ja co najwyżej powoli przesuwałbym go w kierunku wielkiego Rembrandta – no nie w pełne światło, ale przynajmniej dyskretny cień Mistrza. No cóż, z Rembrandtem tylko kilku największych może się mierzyć. Jeszcze w 1956 r. , kiedy badania rembrandtystów były już bardzo zaawansowane, jeden z czołowych holenderskich badaczy Horst Gerson, po obejrzeniu wystawy w Muzeum Narodowym w Warszawie, gdzie wówczas pokazywane było nasze muzealne arcydzieło, zadał pytanie: „Czy kto kiedykolwiek widział portret sygnowany przez Gysberta Sibillę?” Dziś nadal możemy odpowiedzieć, że nie znamy innego pojedynczego portretu pędzla tego malarza. Zresztą w ogóle niewiele o nim wiadomo. Urodził się w 1598 r. w małym miasteczku Weesp niedaleko Amsterdamu i w tym mieście zmarł w 1655 r. Pełnił tam funkcję burmistrza, a więc malarstwo nie było jego głównym zajęciem. Znamy kilka jego dużych kompozycji: „Sąd Salomona”, „Protestanckie nabożeństwo” znajdującego się w Weesp, „Modlitwa Manoha” na Florydzie, portrety zbiorowe. Żadne jednak z tych płócien nie dorównuje subtelnością sanockiemu obrazowi. Historycy sztuki są pewni, że nie był uczniem Rembrandta, być może nawet nie znał go osobiście. Uległ jednak sile jego malarstwa, a najdojrzalszy owoc tej fascynacji możemy oglądać w Muzeum Historycznym w Sanoku. „Dama z wachlarzem”, jak uwidacznia to sygnatura (nawiasem mówiąc nieczytelna gołym okiem), została namalowana w 1650 r. Hanna Benesz w pięknym artykule poświęconym sanockiemu obrazowi tytułuje przedstawienie „Niewinność z wachlarzem”. Widzimy popiersie poważnej, patrzącej na nas, młodziutkiej dziewczyny trzymającej w prawej dłoni zamknięty (co nie jest zapewne bez znaczenia) wachlarz. Wydaje się, że jest on tutaj niesłychanie ważnym atrybutem, bo wskazują na niego palce lewej dłoni. Nie odgadniemy dziś znaczenia tego przedmiotu, choć niewątpliwie w obrazie jest istotny w przekazaniu jakiejś treści – być może, jak to często w sztuce holenderskiej tego okresu bywa, o znaczeniu moralizatorskim. Tego typu przedstawienia, w którym artysta nie jest zmuszony skupić całej uwagi na osobie portretowanej i podporządkować się pożądanej konwencji, bo nie jest to sensu stricto portret, mają swoją nazwę – tronie. Artysta, tworząc tego typu przedstawienie, ma większą swobodę w malowaniu – tak jakby malował kompozycję, a nie oficjalny konterfekt. Można więc sportretować konkretną osobę jako którąś z cnót, starożytnych bogiń lub innych postaci mitologicznych. Rembrandt często wykorzystywał swoją żonę, przedstawiając ją, jak np. w sławnym obrazie z Ermitażu, jako Florę. To chyba właśnie Rembrandt spopularyzował tronie jako formę malarskiej wypowiedzi. Wydaje się, że Sibilla, malując „Dziewczynę z wachlarzem”, mógł znać wzruszające arcydzieło Rembrandta z 1641 r. wiszące w Drezdeńskiej Galerii zatytułowane „Saskia z kwiatem” ukazujące schorowaną, odchodzącą (umrze w następnym roku) ukochaną żonę wyciągającą ku nam (ku Rembrandtowi ?) czerwony kwiat, jakby na pożegnanie. O dziewczynie z obrazu Sybilli nie dowiemy się już niczego – kim jest? może córką malarza, może kimś z rodziny lub bliskiego otoczenia? Mamy za to niewątpliwie znakomity przedmiot kontemplacji. Obraz jest piękny, mistrzowsko malowany. Postać zostaje wydobyta z ciemniejącego tła subtelnymi niuansami półtonów. By uzyskać pełniejszy wolumen ciała i głowy, tło za plecami modelki rozjaśnia złociste światło. Przyjrzyjmy się głowie poważnej, młodziutkiej dziewczyny – delikatnemu modelunkowi twarzy, zaczesanym ku górze włosom, przytrzymanym stroikiem, w którym połyskują czerwienie, oraz rozwianej jak miękki pędzel malarza pięknie muśniętej złocistym światłem kitce. Popatrzmy na ręce (najbardziej sugestywny element kompozycji) – jak przejrzyście, laserunkowo malowane są białe bufiaste rękawy, perły, wreszcie sam wachlarz mieniący się złocistościami, zieleniami, jakby utopionymi w wygasającym świetle. I jeszcze ta wstążka ze swoją swobodną formą. Zauważmy, jak jarzą się ozdoby sukni i wreszcie sama suknia mieni się dojrzałą, winną czerwienią. Z jednej strony mamy tu syntezę malarską, z drugiej najwyższą umiejętność ukazywania drobnych szczegółów godną pędzla Gerrita Dou, mistrza w tym niedoścignionego.

Kiedy przyjechałem pierwszy raz do Sanoka i zwiedzałem muzeum zakochałem, się w tym arcydziele nieznanego mi artysty. Wisiał on w tym samym miejscu co dzisiaj, w sali portretowej, tylko że wówczas prowadziło do niej wąskie przejście. Mniej więcej pośrodku tego korytarza prezentowane były trzy obrazy Beksińskiego. Patrząc na nie, widziało się w perspektywie obraz Sibilli błyszczący z dala jak klejnot. Przychodziły mi wtedy takie różne zabawne myśli – gdyby Beksiński posiadał taką technikę malarską jak Sybilla, to przy jego wyobraźni mielibyśmy pewnie w Polsce mistrza nad mistrzami. Oczywiście, tak myśleć nie wolno. Każdy artysta ma swój odrębny talent, swoją własną wizję, swój cel, do którego dąży.

Czy sanoczanie zdają sobie sprawę, jakiej klasy arcydzieło posiadają w swoim muzeum?
Chciałbym zakończyć to „oprowadzanie” po obrazie niderlandzkiego malarza cytatem Hanny Benesz (H. Benesz, Sybilla w Sanoku, Art&Buisnes, Nr 1/2012 s. 102-103), do którego warto zajrzeć by „Dziewczyna z wachlarzem” stała się nam jeszcze bliższa :
Zbiory Muzeum Historycznego w Sanoku opierają sie na dwóch wyrazistych i ważnych, choć bardzo różnych kolekcjach. Są to podkarpackie ikony i malarska spuścizna po Zdzisławie Beksińskim. Wśród nich obraz Sybilli stanowi eksponat jedyny w swoim rodzaju. Być może nawet niejednokrotnie niezauważony przez publiczność zainteresowaną jednym z dwóch głównych zespołów dzieł sztuki, tym bardziej godny jest popularyzacji jako prawdziwe „nieznane arcydzieło”.
W zbiorach muzeum znajdują się jeszcze dwa, choć już nie tak cenne, dzieła malarzy holenderskich, ale o nich może pomówimy kiedyś w przyszłości.

Wysłuchała msw

ZOSTAW ODPOWIEDŹ