Jak żywych broniono przed umarłymi

Jak żywych broniono przed umarłymi

 

Szymona Jakubowskiego gawędy o przeszłości

 

Wiara w złe moce była powszechna niegdyś nie tylko wśród ciemnego chłopstwa, ale również szlachty, a nawet kleru, który niejednokrotnie nakazywał rozkopanie „podejrzanego“ grobu i wykonanie różnego rodzaju czynności mających zabezpieczyć żywych przed umarłymi.

W różnych częściach kraju, także na Podkarpaciu, znaleziono miejsca tzw. wampirycznego pochówku. Zwłoki zmarłego były celowo uszkadzane, aby wampir nie mógł się wydostać. Na naszym terenie tego typu miejsca pochówku odkryto m.in. w Sandomierzu i Sanoku. Szczególnym przypadkiem jest zaś bieszczadzki Jawornik, gdzie ostatniego wampirycznego pochówku miano dokonać już po II wojnie światowej.

Jeszcze przed II wojną światową m.in. w ramach prowadzonych badań nad wampiryzmem ukazała się książka: „Na pograniczu łemkowsko-bojkowskim w zarysie etnograficznym”, gdzie czytamy m.in.:

Jeżeli zmarły jest upiorem, sypią przez całą drogę mak, bo boją się, żeby nie chodził po śmierci. Z tych samych powodów wbijają też ząb brony do głowy. Cyganie, aby uchronić się przed chodzeniem nieboszczyka, zabijają mu ząb brony do głowy albo kładą pod język dwie szpilki, a przez całą drogę sypia mak. W Wisłoku Dolnym wierzą, że w celu ochrony przed chodzeniem nieboszczyka trzeba mu za obszywku i za pazuchę wsadzić nasionka (swerbynzynu) z owoców dzikiej róży

Dwie dusze, dwa serca

  W jednym z numerów XIX-wiecznego pisma „Wędrowiec” z kolei jest następująca informacja (pisownia oryginalna): 

Jeżeli żadne zaklęcia ani modły pomódz nie mogą, a upiór dalej wojuje, natenczas zbierają się najstarsi gazdowie w nocy, odkopują grób upiora, kładą mu sierp na piersi, guzy do sieraka w usta, przez co traci moc swoją, a gdy i to nie pomaga, to ucinają głowę trupa, kładą ją w jego nogi, a krew, co się wysącza, zbierają i namazują nią wrota przy wjeździe do wsi i domów, a czasami i piją (?) tę krew z wódką, dla odstręczenia od siebie upiorów.

Szczególnie w Beskidzie Niskim i Bieszczadach panowało przekonanie, że niektórzy ludzie mają dwie dusze lub dwa serca (wersje zmieniały się w zależności od miejscowości). Jedna, ochrzczona dusza odchodzi po śmierci spokojnie w zaświaty, druga zaś pozostaje w zwłokach, które nocą ożywają i powstają z grobu siejąc wokół trwogę i nieszczęścia. Stąd też w „podejrzanych przypadkach” stosowano takie metody – znane przecież i w innych krajach – jak przebijanie serca osikowym kołkiem. Gdzieniegdzie gwoździe wbijano nawet w trzy miejsca: w głowę, klatkę piersiową i nogi. Częstokroć głowę odcinano i kładziono między nogami. Szczególnie podejrzanymi o to, że po śmierci staną się wampirami byli samobójcy, ludzie dotknięci różnymi chorobami, szczególnie niebezpieczni złoczyńcy, dzieci poczęte w czasie stosunku odbytego w okresie menstruacji, osoby oskarżane o czary itp. 

 Cechy upiora miano rozpoznawać np. po tym, że nie występowało stężenie pośmiertne, albo twarz była czerwona, co – jak argumentowano – było wynikiem nadmiaru krwi wysysanej przez wampira ludziom. Zmarły mógł się przemienić w upiora również wtedy, gdy pod ławą na której leżał w domu przebiegł kot lub pies. 

W latach 80 – tych podczas prac archeologicznych na dawnym cmentarzu przy sanockiej cerkwi, dziś imienia św. Trójcy, natrafiono na leżący na uboczu grób, najprawdopodobniej mężczyzny pozbawionego w naturalnym miejscu głowy, która była wetkniętą pomiędzy uda. Szczątki pochodziły – jak wynikało z archeologicznych badań – z XVII wieku. Sam cmentarz na którym doliczono się czterdziestu grobów też został odkryty przypadkiem, przy przenoszeniu do skansenu jednego z budynków. Grób wampiryczny był oddalony od pozostałych, zaś kości należały do hemafrodyty, czyli osoby mającej cechy zarówno męskie jak i żeńskie, co mogło być zapewne przyczyną uznania jej za wampira.

W Jaworniku

Najbardziej znanym i najszerzej opisanym przypadkiem jest bieszczadzki Jawornik. Miejscowość powstała w połowie XVI wieku, po I wojnie światowej liczyła ok. pół tysiąca mieszkańców, prawie wyłącznie Rusinów wyznania greko-katolickiego. Dzisiaj po tamtym Jaworniku nie ma praktycznie śladu. Wieś została wysiedlona po II wojnie światowej w ramach akcji „Wisła”. Obecnie pod nazwą Jawornik kryje się raptem kilkanaście budynków, w tym nieczynne schronisko studenckie. W dodatku owe budynki są postawione kilka kilometrów od pierwotnej miejscowości i bardziej są przysiółkiem Rzepedzi niż samodzielną wsią. Ostały się jeszcze resztki cmentarza ukrytego w lesie, bez przewodnika znającego okolice ciężko tam jednak trafić.

Wybitny badacz folkloru ludowego Oskar Kolberg tak pisał o tej bieszczadzkiej wsi:

W upiory lud górski wierzy mocno; i tak we wsi Jaworniku nad Osławicą nie ma jednego człowieka pochowanego na cmentarzu, który by nie miał wbitego w głowę ćwieka lub uciętej, i u nóg położonej, głowy. Aby zapobiec wędrówkom pośmiertnym upiora, obwijają zmarłemu szyję młodym pędem głogu, a w serce wbijają gwóźdź z brony lub 3 żelazne ćwieki. Dla odwrócenia Złego ucinają też głowę i kładą twarzą na spód, w nogach. Przed pogrzebem kładą w usta łyżkę maku albo pełny pysk lub półkwartek, w tym celu, aby z grobu nie wstał. Sądzą bowiem, że podniósłszy się z trumny, nim dojdzie do domu, powinien on wszystkie te ziarenka maku w ustach zliczyć, zrachować, czemu nie podoła prędko, wiec kur zapieje tymczasem i upirz do grobu wracać musi.

Ponieważ zapotrzebowanie na odpędzanie złych mocy odpowiedzialnych za wiele nieszczęść, także szerzące się na tych terenach zarazy, było ogromne, powstała grupa „specjalistów” od wampirów i upiorów. Zwano ich „baczami”. Jak czytamy w jednym z opracowań ów „bacza” posługując się „swoimi magicznymi sposobami, wyszukiwał na cmentarzu grób, z którego wychodził nieboszczyk, następnie odkopywał trumnę, wydobywał zwłoki, odwracał je plecami do góry i przybijał do zimie osikowymi kołkami lub żelaznymi zębami od bron. Należało jeszcze odciąć nieboszczykowi głowę, włożyć ją między nogi, przykryć kolczastymi gałęziami i po zasypaniu ziemią przywalić grób kamieniami.“ 

Walka z upiorami

  Zachowało się kilka opisów walki z demonami. W jednej ze wsi interweniować musiał sam pop, który nakazał rozkopanie grobu, po czym wbito ostrze w serce nieboszczyka ponoć szyderczo się śmiejącego, w innej miejscowości „baczowie“ mieli po otwarciu grobu jedenastoletniej dziewczynki stwierdzić, że jest on pusty. Gdy zobaczyli zjawę krążącą po okolicy puścili się za nią w pościg, schwytali, ucięli głowę i z powrotem zakopali. Strach przed wszelkiej maści złymi mocami jest zapewne tak stary jak istnienie ludzkiego gatunku.

Sam rytuał wampirycznego pochówku funkcjonował co najmniej kilkaset lat, częstokroć przybierał różne kształty nawet w sąsiednich miejscowościach. Różne oblicza miały i różne oblicza w zależności od regionu demony przybierały. Pierwszy znany przypadek takiego pochówku miał miejsce na początku XVI wieku, ostatni do którego miało dojść w Jaworniku już po II wojnie światowej, tuż przed wysiedleniem wsi. 

Trudno dzisiaj na poważnie brać stare, ludowe przesądy o wampirach, zapewne jednak skądś ów strach się brał. Na jednym z forów internetowych padła ciekawa hipoteza. Otóż przed laty, szczególnie na wsiach mogły zdarzać się przypadki zakopywania żywych ludzi, którzy np. zapadli w śpiączkę. Może te opisywane czasem cmentarne wycia, krzyki pochodziły od żywych nie mogących się wydostać spod ziemi?

Autor jest wydawcą i redaktorem naczelnym dwumiesięcznika “Podkarpacka Historia” i portalu www.podkarpackahistoria.pl. Kontakt: jakubowski@interia.pl

Fot. archiwum

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj