Sanok z dystansu

Tutaj życie osiąga pewien rodzaj pełni…

Jan Burnatowski jest sanoczaninem. Wyjechał na studia do Krakowa, napisał pracę magisterską o twórczości Mariana Pankowskiego, podjął studia doktoranckie, dziś jest doktorem nauk humanistycznych, literaturoznawcą i sekretarzem redakcji kwartalnika „Czas Literatury”. Myśli o napisaniu książki o życiu i poezji Janusza Szubera, prowadzi na ten temat rozmowy z Wydawnictwem Literackim. Podczas jednej z wizyt u rodziców i dziadka w Sanoku, zaprosiliśmy Jana do redakcji i poprosiliśmy, by opowiedział o sobie.

 

Wywiad?

Przez pewien czas miałem rożne pomysły. Zastanawiałem się, czy nie wyjść poza polonistykę, przychodziło mi do głowy bycie dziennikarzem, baristą, kelnerem, dorabiałem po nocach… Zapukałem do RMF Classic. Moje zainteresowania łączyły się z tym, co redakcja emituje na antenie. Zawsze tak było, że to ja zadawałem pytania. Czasami, przyznam uczciwie, uśmiechałem się, ponieważ słuchałem, jak ludzie opowiadają przeróżne dyrdymały, ale w sytuacji, kiedy to ja udzielam wywiadu, znalazłem się po raz pierwszy. Może dlatego, że zawsze mi się wydawało, że nie mam nic mądrego do powiedzenia… Może to być przypadłość tak zwanego dobrego wychowania. Albo – kwestia wynikająca z samooceny, która jest bliższa skromności niż potrzebie kreowania się na bohatera, który świetnie radzi sobie ze swoim życiem, potrafi nadawać priorytety sprawom etc, etc…

Cztery lata liceum

Wyjazd z Sanoka. Wspaniałe uczucie. Dlaczego? Przez cztery lata liceum, a liceum było dla mnie jakąś formą uwolnienia się od szkoły podstawowej, ponieważ chodziłem do tej samej szkoły podstawowej, w której uczyła moja mam i przez lata znajdowałem się pod takim specjalnym kloszem, nie czułem się swobodnie, wszystko, co robiłem, odbywało się pod czujnym spojrzeniem matki, potem ojca. Więc kiedy skończyłem szkołę podstawową, odetchnąłem wolnością. W liceum uczyłem się dobrze, chociaż nie byłem prymusem. Miałem za to możliwość realizowania pasji, jaką był sport. Doskonale odnajdywałem się na boisku do koszykówki.
W kontekście tego, że dzisiaj jestem polonistą, doktorem literaturoznawstwa, być może zabrzmi obrazoburczo to, co powiem, ale w szkole średniej prawie nie czytałem książek. Przed kilku laty wybraliśmy się z bratem do Czarnego Konia, osiedlowej knajpy, i spotkał tam nas mój były nauczyciel wuefu. Zapytał, co u mnie, a kiedy powiedziałem, że właśnie obroniłem doktorat, on był przekonany, że zrobiłem to na akademii wychowania fizycznego.
Rozdźwięk, pomiędzy tym, co robiłem w liceum, a moimi studiami jest bardzo duży.

Literatura jest seksowna

W czwartej klasie miałem czworo bliskich przyjaciół: Piotra, Natalię, Marcina i Gabriela. Często po szkole chodziliśmy do biblioteki na Lenartowicza, buszowaliśmy pomiędzy regałami i wybierali książki. Wtedy pojawili się Dostojewski, Stasiuk, Szuber. I wtedy okazało się, że czytanie może być w jakimś sensie seksowne: stymulujące, zapładniające, że jest w nim coś więcej, niż tylko przyjemność lektury, że można się wewnętrznie kłócić z tym, co jest w tekście. To było moje pierwsze doświadczenie z literaturą. Paradoksalne, ponieważ moja mama jest polonistką.
W domu wszyscy czytali, czytają do tej pory. Dziadkowi podarowałem niedawno książkę „Ocalony na Wschodzie” – o Julianie Stryjkowskim, którą napisał Piotr Szewc, i dziadek pochłonął ją w niespełna tydzień.

Wyjechać z Sanoka

Najpierw myślałem o tym, żeby być psychologiem. Bardzo chciałem wyjechać z Sanoka, który postrzegałem jak miasto, w którym się nic nie dzieje. Marzyłem, by się stąd wyrwać. W przestrzeni mentalnej byłem prowincjuszem. Marzyłem, by wyjechać z przestrzeni małego miasta do przestrzeni większej, która prawdopodobnie coś mi zaoferuje…
Wyjechałem. Pomagali mi mama, ojciec. Rodzicom zależało, żebym nie wyjeżdżał za daleko, także ze względów finansowych. Wybrałem polonistykę. Pewnie po trosze z powodu mamy…

Studiowanie

Jeśli chodzi o samoświadomość tego wszystkiego, co bym w życiu chciał robić, to ocknąłem się podczas trzeciego roku studiów. Zadałem sobie pytanie, czy w ogóle chcę kończyć polonistykę i czy nie lepiej by było spróbować swoich sił gdzie indziej. Wrócił temat psychologii, ale na psychologię się nie dostałem, i to był dla mnie porządny wstrząs, taki kopniak, wymierzony w klatkę piersiową. Doszedłem do przekonania, że jednak literatura interesuje mnie do tego stopnia, że warto pomyśleć o studiach doktoranckich. Udało się, obroniłem dysertację doktorską.
Czas między pierwszym a czwartym rokiem studiów to był okres wyrzeczeń, szarpania się z rzeczywistością. Z jednej strony do końca nie wiedziałem, co chcę w życiu robić, a drugiej musiałem sobie jakoś ekonomicznie radzić. Pracowałem w barach, często nocami. Bardzo dobrze wspominam pracę w Nowej Prowincji u Grzegorza Turnaua, tam jest świetna „ekipa” i z żalem stamtąd odchodziłem, kiedy musiałem skończyć pracę magisterską.
Wyjeżdżałem do prac budowlanych. Do Londynu. Była to szkoła życia, zetknięcie się z zupełnie innym rodzajem egzystencji, niż to wszystko, co mnie otaczało na studiach. Środowisko budowlańców to środowisko mocnych, impulsywnych mężczyzn. Musiałem znaleźć sobie w tym wszystkim jakieś miejsce i to się chyba udało, ci ludzie odnaleźli we mnie kumpla. Jednemu uratowałem rękę, gdy postanowił, zupełnie nieświadomie, przestrzelić sobie dłoń pistoletem na gwoździe. Wtedy przestałem być mięczakiem, a stałem się kolegą.

Doktorat

Studia doktoranckie to był wspaniały okres, który wspominam z łezką w oku. Wtedy poznałem Jacka Hajduka, redaktora naczelnego „Czasu Literatury”. Zostaliśmy zakwaterowani w jednym pokoju w akademiku, byliśmy najstarszymi mieszkańcami, więc wszyscy liczyli się z naszym zdaniem i odnosili do nas z atencją, a kierownictwo akademika pozwalało nam, mówiąc oględnie – na więcej, niż innym. I to była ta wolność, której wtedy obaj bardzo potrzebowaliśmy.
Studia doktoranckie to przede wszystkim kontakty ze wspaniałymi krakowskimi profesorami. Wśród tych kontaktów dla mnie najważniejsze – z profesor Krystyną Latawiec. Ale byli też profesorowie Ryszard Nycz, Jan Paweł Markowski, Wojciech Ligęza. A wokół brać akademicka, czyli doktoranci. Prowadziłem bardzo ożywione życie intelektualne. Jeździłem na różne konferencje, sympozja, uczestniczyłem w dyskusjach. I to było coś, czego nigdy w Sanoku nie doświadczałem. Dialog, wymiana myśli, nieudawane, nieupozorowane. Z Jackiem Hajdukiem uprawialiśmy nieustannie dialog. Teraz też uprawiamy, chociaż często za pośrednictwem telefonu, ponieważ obaj jesteśmy w innym miejscu naszego życia. Myślę, że „Czas Literatury”, który wspólnie redagujemy, jest pismem otwartym, pismem, które rodzi się w dialogu, Ono może się podobać lub nie, ale jest w jakimś sensie pochodną tych czasów, kiedy nocami prowadziliśmy rozmowy o tym, że byłoby wspaniale, gdybyśmy kiedyś założyli pismo literackie. To był najważniejszy czas.

Marian Pankowski

Pankowski wkroczył na czwartym roku studiów, kiedy wybierałem temat pracy magisterskiej. Pojawił się temat Miłosza, profesor sugerował, że może Myśliwski. Pamiętam z tego okresu swoje zauroczenie prozą Stanisława Czycza. Patriotyzm lokalny pewnie wpłynął na decyzję, żeby to był Marian Pankowski, którego twórczości wtedy prawie nie znałem. Zacząłem czytać jego książki, przede wszystkim prozę. Poezja Pankowskiego ma w sobie nutę, echo Młodej Polski, natomiast proza jest zaprzeczeniem liryczności tej poezji. Jest mięsista, modernistyczna, trochę postmodernistyczna. Niezwykle zmysłowa. Pokazuje rozdarcie człowieka, który jest istotą cielesną, uwikłaną w biologię, a z drugiej strony zakłada białe rękawiczki, pije doskonałe wina, je wołowinę, przyrządzaną z truflami, ukrywa się pod maską konwenansów. To bardzo mnie u Pankowskiego „wzięło”. Także to, że on świntuszy. Za tym idzie kwestia oczekiwań wobec literatury. Ja oczekuję, że ona będzie dotykała tego, co naprawdę ma znaczenie, ale nie zawsze jest unikalne i piękne, czasem jest zwyczajne, parszywe i brzydkie. Pankowski ma odwagę wyprawiać się w te rejony, które są lepkie, brudne i śliskie. Na początku odbierałem jego pisarstwo bardzo emocjonalnie. Dla mnie on jest ważną propozycją dla literatury, zwłaszcza polskiej. Jest przezwyciężeniem intelektualizmu spod znaku Herlinga-Grudzińskiego czy Miłosza, a przejście na pozycje roszczeniowe, od cielesności do umysłu.
W prozie Pankowskiego odnajduję rzeczy, które kiedyś robiłem, będąc w Sanoku, tyle że wtedy nie myślałem o tym w takich kategoriach. Teraz, kiedy przyjeżdżam do Sanoka, lubię sobie „pochodzić”. Zawsze to robiłem, wcześniej też. Chodziłem wzdłuż Sanu, obok Sosenek, na Białą Górę. Zbierałem patyczki, paliłem ognisko. Paliłem też papierosy, co było jakimś takim ukoronowaniem rytualnego podejścia do świata. Po kilku latach okazało się, że Pankowski robił coś podobnego.

Wracam

Co mnie urzeka w Sanoku? Swoboda w kontakcie z naturą. Jeżeli wychodzę z mieszkania na Armii Krajowej, za 5 minut jestem nad Sanem. Mogę pójść na Orle Skałki, do skansenu, pospacerować wzdłuż działek. To jest wspaniałe.
Siedzę u dziadka w kuchni, a w ogrodzie są bażanty. Dziadek, dziewięćdziesięciosiedmioletni, były więzień obozu koncentracyjnego, od kilkudziesięciu lat sypie bażantom ziarno. To jest magia miejsca, do którego wracam. Tutaj życie osiąga pewien rodzaj pełni. Przyjeżdżam z Krakowa, tam zajmuje się pracą intelektualną, a tutaj dostaję ten niezbędny komponent w postaci natury. Tutaj mam rodzinę. To wszystko układa się w spójną całość. Jest dobre.

Janusz Szuber

Poezję Janusza Szubera znałem od dawna. Wiele w tej materii zawdzięczam profesor Krystynie Latawiec, która odnosi się do twórczości Janusza Szubera z wielką atencją. Czytałem Szubera, ale bliżej mi było do sposobu odczuwania świata przez Mariana Pankowskiego. Języczek u wagi się przesunął. Wydaje się, że Pankowski jest rozbuchany. Szuber natomiast jest powściągliwy. Oni wbrew pozorom mają ze sobą wiele wspólnego. Szuber stosuje wyrafinowane porównania, jest subtelny, nigdy nie bywa nachalny, ale jest nie mniej zmysłowy, niż Pankowski. Wiersz „O chłopcu mieszającym powidła” jest tego doskonałym przykładem. Ta subtelność w docieraniu do jądra rzeczy u Szubera ma dla mnie największą wartość. Szuber myśli o świecie jako o pewnej jedności, o pełni. O ile daje się czuć nuty melancholijne czy pesymistyczne, życie to nieustanny „ubytek” na drodze do śmierci, ale dzięki temu, że ono się człowiekowi przydarza, jest największą wartością. Afirmacja daleka od naiwności – tak bym to określił.

Wysłuchała msw

ZOSTAW ODPOWIEDŹ