Jerzy Ginalski - sprostać wyzwaniom rzuconym przez poprzedników

Jerzy Ginalski – sprostać wyzwaniom rzuconym przez poprzedników

O niełatwych początkach, archeologicznych badaniach, pożarze, specyfice muzeum na wolnym  powietrzu oraz planach na następne lata, opowiada Jerzy Ginalski, który na stanowisku dyrektora największego Parku Etnograficznego w Polsce pracuje już 20 lat.

W tym roku mija 20 lat pańskiej pracy na stanowisku dyrektora największego Parku Etnograficznego w Polsce. Zapewne pamięta pan początek?

Oczywiście, jak mógłbym nie pamiętać, skoro była to – mogę z perspektywy tych lat śmiało powiedzieć – najważniejsza decyzja w mojej zawodowej karierze. Decyzja podszyta obawą, czy podołam temu wyzwaniu i czy nie zmarnuję tak wspaniale prowadzonego gospodarstwa przez moich wybitnych poprzedników. A byli nimi Aleksander Rybicki i Jerzy Czajkowski – prawdziwi pasjonaci, którzy sanocki skansen tworzyli i rozwinęli do tego stopnia, że stał się czołową placówką wśród polskich i europejskich muzeach na wolnym powietrzu, będąc niejednokrotnie dla tego typu muzeów niedoścignionym wzorem.

O ile wiem, nie była to pańska pierwsza praca w podkarpackim muzealnictwie. 

Właściwie tematyka muzealna i ochrona zabytków towarzyszyły mi od początku mojej zawodowej przygody. No może z wyjątkiem pierwszych kilku miesięcy, kiedy to w stanie wojennym musiałem podjąć pracę w Zbiorczej Szkole Gminnej w Jedliczu, gdzie wydawałem m.in. kartki żywnościowe dla licznego grona pedagogicznego. Ale zaraz potem stałem się urzędnikiem w Wydziale Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Krośnie, gdzie do moich obowiązków należał także nadzór nad muzeami, w których z czasem znalazłem zatrudnienie. Najpierw  w Muzeum Okręgowym (obecnie Podkarpackim) w Krośnie, a później w Muzeum Historycznym – Pałacu w Dukli, którym udało mi się przez krótki okres nawet kierować. Gdyby do tego doliczyć jeszcze kilka lat pracy w Państwowej Służbie Ochrony Zabytków na stanowisku wojewódzkiego konserwatora ds. zabytków archeologicznych, to tzw. kierunkowe przetarcie zawodowe jakie takie posiadłem.

Archeolog w skansenie?

Wtedy to mogło się wydawać rzeczywiście trochę dziwne, ale dzisiaj już z pewnością nie, co rusz pojawiają się przecież muzea archeologiczne na wolnym powietrzu. Zresztą w sanockim skansenie znalazłem się też w zasadzie dzięki archeologii. Od roku 1996 prowadziłem bowiem przez kilka lat badania wykopaliskowe na grodzisku „Horodyszcze” w Trepczy, w wyniku których odkryłem tam pierwszy XII-wieczny, wymieniany we wczesnośredniowiecznych źródłach, Sanok. To było wspaniałe i spektakularne odkrycie w skali ponadregionalnej, a nawet międzynarodowej. Wtedy też zaglądałem często do sanockiego skansenu, ponieważ rezultatami moich prac bardzo interesował się ówczesny jego dyrektor – prof. Jerzy Czajkowski. W 1998 roku uczestniczyłem nawet w Ginalski mbl 2 686x1024 - Jerzy Ginalski - sprostać wyzwaniom rzuconym przez poprzednikówzorganizowanych przez niego obchodach 40-lecia powstania MBL oraz w konferencji naukowej i otwarciu z tej okazji pięknej ekspozycji malarstwa „Ikona karpacka”. Niektórzy moją obecność na tych uroczystościach łączyli już wtedy z zamiarem przekazania mi przez profesora Czajkowskiego władzy dyrektorskiej, co całkowicie mijało się z prawdą. Pracownikiem skansenu zostałem bowiem dopiero rok później i to po burzliwych przemyśleniach za i przeciw.

I z perspektywy tych 20 lat przeważyło rzecz jasna „za”.

Jak widać „za”, chociaż początki nie były łatwe. Co prawda rozpocząłem swoje dyrektorowanie ładnych parę lat po transformacji ustrojowej, ale duch poprzedniej epoki utrzymywał się w muzeach nadal, tutaj wszelkie zmiany następowały jakby wolniej. W sanockim skansenie nie zabliźniły się jeszcze wszystkie rany po tragicznym pożarze w roku 1994, a jednocześnie trzeba było myśleć o dalszym jego rozwoju. Specyfika muzeum na wolnym powietrzu powoduje, że placówki tego typu właściwie zawsze są w budowie lub w remoncie, co pociąga za sobą określone koszty. A nie muszę chyba specjalnie argumentować, że środki na podkarpacką kulturę w zasadzie od zawsze dalekie były od naszych oczekiwań i planów. Z tym planowaniem też różnie bywało, wystarczyła bowiem solidna burza czy wichura i trzeba było rezygnować z misternie ułożonych zamierzeń i usuwać skutki tych nieprzewidzianych zdarzeń. Ale to przecież jest wpisane w tzw. ryzyko zawodowe muzealników pod chmurką, jak niektórzy nas określają. W muzeach typu skansenowskiego bez przerwy więc coś się dzieje, zmienia, tworzy, co mi niezwykle odpowiada, bo najbardziej nie lubię zastoju.

Trudno mówić o zastoju skoro sanocki skansen odwiedza coraz większa rzesza turystów. 

To prawda, ale żeby tak się działo, to trzeba systematycznie tym turystom proponować coś nowego, coś niepowtarzalnego i jeszcze atrakcyjnie to podać. Tym czymś jest przede wszystkim barwna karpacka wielokulturowość, którą prezentujemy w stu kilkudziesięciu obiektach zgromadzonych w poszczególnych sektorach. 20 lat temu odwiedzało nas rocznie ok. 60-70 tysięcy gości, a w roku ubiegłym było ich już ponad 160 tysięcy! I byli to nie tylko turyści krajowi, ale i zagraniczni z ponad 50 państw reprezentujących wszystkie kontynenty. W samym szczycie sezonu turystycznego muzeum nasze zwiedza od kilkuset do ponad 1000 osób dziennie, a w dni bezpłatnego wejścia nawet drugie tyle. Tak duży ruch wymaga od nas specjalnych przygotowań i odpowiedniego przystosowania nie tylko samych obiektów ale i zaplecza na tzw. skansenowskim przedpolu, które kiedyś wyglądało zupełnie inaczej.

Teraz na tym przedpolu odbywają się liczne imprezy plenerowe więc chyba się sprawdza.

Ale nie zawsze tak było. Pamiętam organizowane przez nas jarmarki folklorystyczne na rozpoczęcie sezonu turystycznego, podczas których prawie zawsze lało – sanoczanie nawet mówili, że to reguła na podstawie której można prognozować pogodę i nie ma na to żadnej rady. My radę znaleźliśmy i w latach 2000-2002, niemałym zresztą kosztem, wybudowaliśmy zadaszoną amfiteatralną widownię na ponad 1500 miejsc, która swój chrzest bojowy przechodziła na pamiętnych „Eurofolkach”. Nieco później zmieniliśmy też zupełnie wygląd całego przedpola, włącznie z nową nawierzchnią, ogrodzeniem, zapleczem recepcyjnym i toaletami, w wyniku czego powstał funkcjonalny kompleks w obrębie którego można bezpiecznie i sprawnie organizować plenerowe imprezy, a także wypocząć i zregenerować siły po trudach zwiedzania. Jarmarki i inne imprezy w skansenie odbywały się w zasadzie od zawsze, a w ostatnich latach jest ich zdecydowanie więcej, ponieważ tworzą swoisty i niepowtarzalny klimat wokół naszego skansenu. Niektóre z nich, jak chociażby Jarmarki Bożonarodzeniowe, Niedziele Palmowe, „Karpaty zaklęte w drewnie”, „Bartniki”, czy nawet „Galicyjskie graciarnie”, gromadzą tysiące uczestników.

Te wszystkie inwestycje były z pewnością niezwykle potrzebne, ale od czego pan zaczął swoją działalność za bramą, czyli już w samym Parku Etnograficznym?

Tutaj w zasadzie nie musiałem niczego nowego wymyślać, bo zrobili to już za mnie moi znakomici poprzednicy. Wystarczyło tylko kontynuować ich rozpoczęte dzieło, co też starałam się czynić i czynię zresztą nadal. Zgromadzone przez kilka dekad obiekty i to w takiej znacznej ilości, wymagały systematycznych zabiegów remontowych i konserwatorskich. Dlatego rozpoczęliśmy nasze działania od tych najcenniejszych – począwszy od piątej dekady istnienia MBL przystąpiliśmy do realizacji programu sukcesywnej konserwacji wnętrz w drewnianych obiektach sakralnych reprezentowanych przez cztery greckokatolickie cerkwie oraz XVII-wieczny rzymskokatolicki kościół. Po blisko 10 latach skomplikowanych i kosztownych prac konserwatorskich przy polichromiach ściennych oraz wyposażeniu wnętrz, nasze świątynie można teraz podziwiać w pełnej krasie (łącznie z Oddziałem Terenowym MBL – cerkwią w Uluczu). Kolejnym, poważnym problemem, z którym przyszło mi się zmierzyć, był bardzo zły stan zachowania słomianych i gontowych dachów w większości zagród. Może to zabrzmi niewiarygodnie, ale słoma to obecnie najtrudniejszy do pozyskania surowiec, a poszycie dachu tysiącami żytnich „kiczek” jest nawet droższe od pokrycia miedzianego. Na szczęście sytuacja i w tym względzie została na razie opanowana. Mogę śmiało powiedzieć, że w ciągu tych 20 lat nie było w sanockim Parku Etnograficznym obiektu architektury, przy który nie prowadzono by prac remontowych, czy zabezpieczających. I co najważniejsze, wszystkie te prace zrealizowane zostały we własnym zakresie przez nasze brygady remontowo-budowlano-konserwatorskie. Trzeba tu dobitnie podkreślić, że cieśla, stolarz, kowal, rzemieślnik wykonuje w skansenie pracę tej samej rangi co pracownik merytoryczny – etnolog, historyk, architekt, czy konserwator dzieł sztuki. Zarówno jedni jak i drudzy są w tym zespole niezbędni i znakomicie się uzupełniają. Utrzymanie tak wszechstronnej załogi przy obecnych muzealnych warunkach płacowych nie jest wcale proste. Udaje się to chyba tylko dlatego, że w większości pracowali  tu i pracują nadal, prawdziwi pasjonaci. To dzięki nim właśnie możemy dzisiaj szczycić się naszą wspaniałą ekspozycją i mianem – jak nas niektórzy określają – lidera ekstraligi wśród polskich skansenów.

Ekspozycja skansenowska wzbogaciła się też w tym czasie o nowe, niezwykle istotne elementy.

A nawet o nowe sektory. Jednym z nich jest otwarty w roku 2004 sektor naftowy, w obrębie którego staramy się odtworzyć niegdysiejszy podkarpacki krajobraz przemysłowy, niestety gwałtownie w ostatnim czasie zanikający. Etnograficzne tło tego sektora w sanockim skansenie sprawiło, że odtworzony został nie tylko fragment krajobrazu przemysłowego, ale przede wszystkim wycinek krajobrazu kulturowego ze wszystkimi jego elementami, czego nie zobaczymy niestety w pozostałych skansenach przemysłu naftowego, których w Europie jest zaledwie kilka. Nasza przemysłowa ekspozycja zaskakuje z jednej strony typowo specjalistycznym i technicznym charakterem prezentowanych tu eksponatów pochodzących likwidowanych podkarpackich kopalń, z drugiej zaś, osadzona jest na naukowych i historycznych podstawach. Drugim, nie mniej ważnym przedsięwzięciem było powstanie sektora dworskiego, którego trzon – obok spichlerza, tartaku wodnego, stawu i sadu – stanowi okazały XIX-wieczny dwór ze Święcan koło Biecza. Obiektem tym byli zainteresowani już moi poprzednicy, którzy zarezerwowali dla tego budynku bardzo atrakcyjne widokowo miejsce na nadsańskiej terasie. Ten piękny, w pełni wyposażony przykład architektury rezydencjonalnej (z okazałą kaplicą domową), jest teraz największym  kubaturowo obiektem w naszym Parku i cieszy się niebywałą popularnością wśród zwiedzających.

Mówiąc o nowych sektorach nie sposób wspomnieć o tym chyba najbardziej wyczekiwanym, małomiasteczkowym.

Jego powstanie było właściwie spełnieniem marzeń dwóch dotychczasowych dyrektorów, ale także i moim. O potrzebie budowy miasteczka był przekonany założyciel sanockiego skansenu Aleksander Rybicki – już w roku 1958 dyskutował bowiem w gronie naukowców o wstępnych założeniach takiego projektu.  Jego następca, profesor Jerzy Czajkowski wraz ze swoimi pracownikami, opracowali szczegółową koncepcję sektora i gromadzili przez kilkadziesiąt lat zarówno obiekty architektury jak i zabytki ruchome niezbędne do ich wyposażenia. Ale na budowę rynku galicyjskiego miasteczka trzeba było czekać dokładnie 50 lat, ponieważ ta mega-inwestycja znacznie przerastała sanockie możliwości i dopiero uruchomienie europejskich środków unijnych pozwoliło na jej realizację. Zanim jednak do niej doszło, należało pokonać szereg przeszkód i to nie tylko natury formalnej. Brak niestety dobrego klimatu wśród ówczesnych decydentów wokół tej inwestycji opóźnił bowiem jej powstanie, gdy tymczasem nasz pionierski zamysł rekonstrukcji drewnianego miasteczka był z powodzeniem realizowany w sąsiednich województwach. W końcu i sanocki projekt „Galicyjski Rynek” doczekał się realizacji i po niespełna dwóch latach budowy, został udostępniony do zwiedzania we wrześniu 2011 roku. Właściwie od samego początku okazał się być zamierzeniem nad wyraz trafionym, a po paru latach jego funkcjonowania można śmiało powiedzieć, że ta jedyna w swoim rodzaju interaktywna przestrzeń  muzealna na tyle skutecznie uatrakcyjniła nasz skansen, że w zasadzie co roku bijemy rekordy frekwencyjne. Określając wymierne rezultaty projektu zakładaliśmy ostrożnie, że może wreszcie przekroczymy tę magiczną liczbę 100 tysięcy zwiedzających, a okazało się, że zrobiliśmy to z solidną nawiązką i skutecznie zbliżamy się do drugiej setki. Sanocki „Galicyjski Rynek” został odpowiednio doceniony i otrzymał wiele prestiżowych nagród oraz wyróżnień, zostając między innymi podwójnym laureatem ogólnopolskiego konkursu  „Polska Pięknieje – 7 cudów Funduszy Europejskich”, w którym pierwsze miejsce w kategorii „Obiekt turystyczny” przyznała mu zarówno Kapituła konkursu, jak i turyści, dzięki którym zdobył też główną nagrodę internautów spośród ponad 270 zgłoszonych projektów! Obecnie „Galicyjski Rynek” jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych i najczęściej odwiedzanych atrakcji turystycznych Podkarpacia – przez te kilka lat jego funkcjonowania zwiedziło go już ponad 1.300.000 turystów.

Od jakiegoś czasu mówi się, że to jeszcze nie wszystko w temacie „Galicyjskiego Rynku”.

Nasze miasteczko powoli się rozrasta, przybywają kolejne obiekty – po powstaniu budynku piekarni oraz zagrody romskiej w bezpośrednim jego sąsiedztwie, zrekonstruowaliśmy drewnianą XVIII-wieczną synagogę na podstawie kompletnej przedwojennej dokumentacji architektonicznej. Synagogi były naturalnym elementem w niegdysiejszych wielonarodowościowych miasteczkach tego regionu, a do zamknięcia całościowego obrazu karpackiego pogranicza prezentowanego w skansenie, brakowało nam tylko bożnicy. Obecnie w jej wnętrzu trwają przygotowawcze prace konserwatorskie mające na celu zrekonstruowanie barwnej polichromii, która pokrywała ściany i zwierciadlane sklepienie. Po ich zakończeniu, w babińcu synagogi zostanie urządzona stała ekspozycja judaików, których mamy pokaźny zbiór. Będzie to więc kolejny obiekt, który nas bezsprzecznie wyróżni, ponieważ nie zobaczymy takiego drugiego w żadnym polskim muzeum na wolnym powietrzu.

Skąd tyle inwencji? Niedawno czytaliśmy w rozmowie z panem o kolejnych pomysłach.

Mówiłem już, że nie lubię bezruchu i pasywności, które w muzeum skansenowskim raczej nie grożą. Tutaj ilość pomysłów jest znacznie większa niż w muzeach gabinetowych, niektóre podsuwają nawet sami zwiedzający, ale nie znaczy to, że wszystkie nadają się do realizacji i pasują do naszej – mówiąc trochę górnolotnie – misji. Ale na pewno doskonale się w nią wpisuje budowa sektora pasterskiego, którego koncepcję opracował kilkadziesiąt lat temu prof. Roman Reinfuss. Jego rekonstrukcja na podstawie zachowanych fotografii, rysunków i opisów jest już w zasadzie w stadium końcowym. Niedługo więc na śródleśnej polanie, bojkowskiej części skansenu, udostępnimy do zwiedzania koliby, szałasy, „stajanki” i koszary, w obrębie których znajdą się nasze skansenowskie zwierzęta. Od kilku lat prowadzimy z powodzeniem hodowlę kóz karpackich oraz owiec górskich, w tym odmiany barwnej, które są przedstawicielami rodzimych prymitywnych ras przybyłych tutaj wraz z plemionami wołoskimi z terenu Karpat Południowych. Z drugiej strony naszego Parku w partii północno-zachodniej, pracujemy także od pewnego czasu nad rekonstrukcją kilku półziemianek wczesnośredniowiecznych, gdzie powstaje odrębny sektor archeologiczny. Trzeba zaznaczyć, że obiekty te zlokalizowano w miejscu przebadanej osady celtyckiej i wczesnośredniowiecznej i wzniesiono przy zastosowaniu tradycyjnych technik ciesielskich. Wszelkie prace wykonywano ręcznie, replikami narzędzi jakimi mogli się posługiwać słowiańscy budowniczowie sprzed 1000 lat (topory, siekiery, ciosła, dłuta i świdry). Za wzór do wytworzenia tych narzędzi posłużyły zabytki wydobyte w trakcie badań wykopaliskowych na pobliskich trepczańskich grodziskach. Zastosowanie w tym przypadku metod tzw. archeologii doświadczalnej lub jak kto woli eksperymentalnej da – mam taką nadzieję – znakomity efekt końcowy i będzie też trochę ukłonem w stronę moich niegdysiejszych zainteresowań.Ginalski mbl 1 1024x686 - Jerzy Ginalski - sprostać wyzwaniom rzuconym przez poprzedników

To ile w końcu sektorów liczy teraz nasz sanocki skansen?  

Gdy rozpoczynałem pracę, Park Etnograficzny liczył pięć sektorów: bojkowski, łemkowski, doliniański oraz wschodnio- i zachodniopogórzański. Wkrótce będziemy mieli ich już dziesięć, bo doszedł sektor naftowy, miejski, dworski, niedługo dołączą dwa wcześniej wspomniane – pasterski oraz archeologiczny. I już myślałem, że to będzie wszystko, ale od niedawna marzy mi się kolejny – leśny. Nad sektorem bojkowskim, w zalesionej partii skansenu znajduje się piękne miejsce na leśniczówkę z niegdysiejszą kancelarią leśniczego, w pobliżu można by ustawić kilka  retort, które gwałtownie znikają z bieszczadzkiego krajobrazu, zrekonstruować zapomniane już mielerze do wypału węgla drzewnego, czy nawet zaakcentować jakoś istnienie kolejki leśnej. Nie wiem tylko czy wystarczy mi na to wszystko czasu, bo zbliżam się już nieuchronnie do wieku emerytalnego. Ale mam nadzieję, że zasiane ziarno już zakiełkowało i moi współpracownicy, dzięki którym udało mi się tego pięknego gospodarstwa nie tylko nie zapuścić, ale i znacznie uatrakcyjnić, będą o nie dbać i nadal go rozwijać. Obietnica taka została złożona bowiem na uroczystym, wspaniałym jubileuszowym spotkaniu, które – ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu – mi zgotowali. 

Czy czuje się Pan zawodowo spełniony?

W zasadzie tak. Udało mi się przecież zmaterializować wiele pomysłów zarówno moich poprzedników jak i własnych. Trochę niedosytu jednak zawsze zostaje, bo z perspektywy tych 20 lat wydaje się, że niektóre rzeczy i tematy można by pewno przeprowadzić lepiej i sprawniej. I jest, czy też była to kwestia nie tyle właściwego podejścia, co możliwości determinowanych środkami finansowymi, których nigdy nie otrzymywaliśmy w nadmiarze i które trzeba było w dużej mierze wypracować oraz pozyskiwać z różnych źródeł.  Ale to zupełnie inny i trochę przykry temat, niekoniecznie na tę okazję. Dzisiaj cieszymy się z tego co mamy, co mimo często wyboistej drogi, osiągnęliśmy. Pozostaje nam nie tracić zapału i czekać na 4-milionowego turystę, którego powitamy już niebawem.

A na koniec jakby pan określił swoje życiowe i zawodowe credo?

Nie będę tu chyba zbyt oryginalny i przytoczę motto Josepha Conrada, którym też staram się kierować: Iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem, i tak zawsze aż do końca

Rozmawiała Edyta Wilk

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj